Das ist die offizielle Homepage von Ewa Jagaciak (Schriftstellerin und Poetin)

 

Jestem jednych z tych, ktorych jako dzieci deportowano do krainy Dziadka Mroza

 

Jestem Sybirakiem, ktoremu udalo sie przezyc deportacje. Jako czterolatek bylem uznany za wroga Zwiazku Radzieckiego i zeslany do obozu pracy. Moja historia, to historia widziana oczyma czterolatka, ktory osobiscie przeżył najokrutniejszą z bajek dla dzieci.

Bajkę o Dziadku Mrozie, Snieżynce i o batjuszce Stalinie w krainie wiecznych mrozóow: na SYBERII.

 

A  to moi oprawcy

W Muzeum Drugiej Wojny Swiatowej w Gdańsku, odrodziły sie okrutne wspomnienia.

Nikt nie uwierzyłby, co przeżyłem i w jaki sposóob spotkałem rodzinę, która uznała mnie za zaginionego  od 1941 roku, dlatego poprosilem o opisanie tej historii  w formie bajki.

  • Mały cud w Belleville
  • Dziadek Mróz

Ewa Jagaciak, Gdańsk, 14 styczeń 2015

Mały cud w Belleville

Kanada wydawała mi się krajem ludzi spokojnych. Nawet za spokojnych. Mówią wolniej, chodzą wolniej, chyba nawet kanapki przeżuwają w zwolnionym tempie. Pomyślałem sobie, że może dlatego mają mniej stresu i mniej problemów. Może nawet zęby bolą ich wolniej.

Niestety mój ząb miał na ten temat inne zdanie.

Siedziałem właśnie u dentysty w małym kanadyjskim miasteczku Belleville, gdzie przyjechałem na wymianę szkolną, żeby podszlifować angielski. Los uznał jednak, że zamiast angielskiego podszlifuje mnie ból zęba.

Jeszcze przed wyjazdem trzy razy mówiłem mojemu dentyście w Niemczech, że z tym zębem coś jest nie tak. Ale on oczywiście wiedział lepiej. Skrócił tylko koronkę, stwierdził, że „jest za wysoka”, i wysłał mnie w świat z tykającą bombą w szczęce.

No i bomba wybuchła w Kanadzie.

Siedziałem więc na fotelu, spuchnięty jak chomik, wściekły jak osa i smutny, bo moi koledzy byli właśnie kilkaset kilometrów dalej na klasowej wycieczce. Oni mieli lasy, jeziora i przygodę, a ja miałem deszcz, ból i własną twarz w wersji „balon premium”.

Myślałem tylko o jednym:
Niech ten dentysta wyrwie mi ten ząb. Już. Natychmiast.
Najpierw znieczulenie, najlepiej takie dla koni, a potem akcja jak w filmie sensacyjnym. Ząb powinien zostać wyrwany po niemiecku: szybko, konkretnie i bez dyskusji.

W końcu drzwi się otworzyły i weszła dentystka. Mój wybawiciel. A właściwie wybawicielka.

Już chciałem otworzyć buzię i przejść do rzeczy, ale ona zamiast działać, zaczęła oglądać moją kartę pacjenta. Potem paszport. Trochę za długo, jak na człowieka z bólem stulecia.

– Skąd jesteś? – spytała.

– Z Niemiec – odpowiedziałem i znów otworzyłem buzię.

Ale ona dalej patrzyła na paszport.

Pomyślałem, że pewnie próbuje rozszyfrować moje nazwisko. Nic dziwnego. Z moim nazwiskiem nauczyciele przez całe życie łamali sobie języki, a koledzy wymyślali mi tyle przezwisk, że mógłbym założyć własną listę obecności.

– Na pewno jesteś z Niemiec? – zapytała.

No pięknie. Tego mi jeszcze brakowało. Boli mnie pół głowy, a tu nagle egzamin z pochodzenia.

Wyjaśniłem więc, że nazwisko może być polskie, bo moja mama pochodzi z Polski. Dentystka patrzyła dalej tak, jakby właśnie odkryła tajemnicę wszechświata.

A potem powiedziała coś, czego kompletnie się nie spodziewałem:

– Wiesz, jak ja się nazywam? Tak samo jak ty.

Prawie spadłem z fotela.

Co?! To nazwisko? To moje dziwne, skomplikowane, pechowe nazwisko? I ona je nosi? Dobrowolnie?

Dentystka była wręcz zachwycona.

– To trzeba uczcić! Mój ojciec cię odwiedzi!

Ja w tym momencie byłem w stanie tylko kiwnąć głową, bo pół twarzy miałem wyłączone z użytku. Potem wreszcie zajęła się zębem: przewierciła koronkę, oczyściła wszystko, dała lekarstwo i po pół godzinie znowu miałem nadzieję, że przeżyję.

Wróciłem do domu zmęczony, obolały, ale też trochę rozbawiony. Okazało się, że gdzieś w Kanadzie żyje ktoś z takim samym nazwiskiem jak ja. I jeszcze się tego nie wstydzi.

Następnego dnia ojciec dentystki, Janusz, zabrał mnie na przejażdżkę swoją starą Corvettą. Samochód wyglądał jak z muzeum, ale Janusz prowadził tak, jakby brał udział w wyścigu o wszystko. Wtedy odkryłem, że nie wszyscy Kanadyjczycy są powolni. Niektórzy wciskają gaz tak, jakby chcieli obudzić wszystkie konie mechaniczne naraz.

Na miejscu czekała cała rodzina. I wtedy zaczęło się robić naprawdę ciekawie.

Najpierw okazało się, że mówią po polsku. Potem, że nie jesteśmy przypadkowo z tego samego nazwiska. Po krótkim rodzinno-historycznym śledztwie wyszło na jaw, że jesteśmy spokrewnieni.

Tak po prostu.

Przyjechałem do Kanady uczyć się angielskiego, a znalazłem rodzinę, o której nikt nic nie wiedział.

Janusz okazał się świetnym kompanem. Opowiadał rodzinne historie, wspominał dawne czasy, a ja pomagałem im ogarniać internet, maila i Skype’a. Trochę oni odkrywali rodzinę, a trochę ja odkrywałem, że starsi ludzie też potrafią być naprawdę ciekawi. Zwłaszcza jeśli mają stare auto, masę opowieści i rodzinne tajemnice większe niż pół Netflixa.

Potem już każdy weekend był zajęty. Poznałem ich dzieci, wnuki, rówieśników z Toronto, pograliśmy na konsoli, pojeździłem z nimi po okolicy, zobaczyłem kanadyjskie zwyczaje i przekonałem się, że ten wyjazd wcale nie został stracony przez jeden chory ząb.

Bo czasem największa katastrofa okazuje się początkiem najlepszej historii.

I tak oto przez zgorzel, dentystkę i jedno dziwne nazwisko wydarzył się w Belleville mały cud.

Alexander:
Stary, nie uwierzysz, co mi się odwaliło w Kanadzie 🇨🇦😵

Kolega:
No dawaj 👀
Wreszcie spotkałeś niedźwiedzia? 🐻

Alexander:
Gorzej. Dentystę 🦷💀

Kolega:
XD 😂
Co zrobiłeś?

Alexander:
Nic! To mój ząb zrobił bunt 😤🦷
Jeszcze przed wyjazdem mówiłem mojemu dentyście w Niemczech, że coś jest nie tak.

Kolega:
I? 🤨

Alexander:
I oczywiście mnie zbył 🙄
Powiedział, że koronka za wysoka, coś tam poprawił i nara 🛠️➡️🚪

Kolega:
Czyli klasyk: „wszystko jest dobrze”, dopóki nie umrzesz 😵‍💫⚰️

Alexander:
Dokładnie 😑
No i w Kanadzie nagle BUM 💥
Ząb zaczął boleć tak, jakby ktoś wiercił mi szczękę młotem pneumatycznym 🔨😫

Kolega:
Pięknie 😬
A ty przecież jesteś tam na wymianie, nie? 🎒🌍

Alexander:
No właśnie!
Miałem zwiedzać, gadać po angielsku, żyć jak król 👑😎
A siedziałem spuchnięty jak chomik-mutant 🐹🎈

Kolega:
Hahahaha 😂
Przepraszam. To nieśmieszne.
Trochę śmieszne 🤏😆

Alexander:
Bardzo śmieszne 😒
Moi kumple pojechali na szkolny wyjazd 🚌🌲
A ja w deszczu wlazłem do dentysty w Belleville 🌧️🏥

Kolega:
Brzmi jak początek horroru 😱🎬

Alexander:
Tak właśnie było 😵
Siedzę na fotelu i myślę tylko: niech wyrwie ten ząb, niech da znieczulenie dla koni 🐴💉, niech to się skończy 😭

Kolega:
I co? Wyrwał? 😳

Alexander:
Czekaj. Najlepsze dopiero będzie 🍿😏
Wchodzi dentystka 👩‍⚕️
Patrzy na moją kartę, potem na paszport, potem znowu na mnie 📄👀📘

Kolega:
Może myślała, że jesteś szpiegiem 🕵️‍♂️😂

Alexander:
Też tak myślałem 😅
Pyta: „Skąd jesteś?”
Mówię: „Z Niemiec” 🇩🇪

Kolega:
Normalnie 🤷‍♂️

Alexander:
Potem patrzy na moje nazwisko i pyta, czy na pewno jestem z Niemiec 🤨📛

Kolega:
O nie 😭
Twoje nazwisko znowu narobiło ci problemów? 🤦‍♂️

Alexander:
Jak zawsze 😑
Przecież z tym nazwiskiem całe życie mam przygody 🎭
Nauczyciele cierpią, listy obecności cierpią, ja cierpię 😵‍💫📚

Kolega:
Rel 😆

Alexander:
Więc mówię, że moja mama jest z Polski 🇵🇱
I może dlatego nazwisko takie dziwne 🤷‍♂️

Kolega:
I? 👀

Alexander:
I wtedy ona mówi:
„Ja nazywam się tak samo jak ty” 😳⚡

Kolega:
COOOOO?! 😱🤯

Alexander:
NO WŁAŚNIE 😵‍💫

Kolega:
Czyli w Kanadzie znalazłeś swojego klona? 🧬😂

Alexander:
Prawie 🤣
Myślałem, że już majaczę z bólu 🦷🔥

Kolega:
Ja bym spadł z fotela 🪑💥

Alexander:
Prawie spadłem 😵
A ona jeszcze cała szczęśliwa, że pierwszy raz spotkała kogoś z tym samym nazwiskiem 🎉📛

Kolega:
To brzmi jak bardzo dziwny Tinder dla genealogów 😂💘🌳

Alexander:
XD 🤣
Potem powiedziała, że jej ojciec chce mnie poznać 👴👀

Kolega:
Stary, to już brzmi podejrzanie 😬
Nie bałeś się? 😅

Alexander:
Trochę tak 😶
Ale najpierw ogarnęła mi ząb 🦷🛠️
Przewierciła koronkę, puściła to, co tam się psuło 🤢, dała lekarstwo 💊 i po pół godzinie znowu byłem człowiekiem 🙌

Kolega:
Czyli jednak kanadyjska służba zdrowia uratowała ci życie 🇨🇦🦸‍♀️

Alexander:
Dosłownie 😌
A następnego dnia przyjechał po mnie jej ojciec, Janusz 🚗

Kolega:
Już kocham tę historię 😂

Alexander:
Janusz zabrał mnie swoją starą Corvettą 🏎️🔥

Kolega:
Nie gadaj 😳

Alexander:
I jechał nią tak, jakby miał 18 lat i właśnie uciekł z rajdu 🏁💨😅

Kolega:
Czyli jednak Kanadyjczycy nie są tacy spokojni? 😂

Alexander:
Nie wszyscy 😎
Ten miał w sobie duszę kierowcy wyścigowego i wujka z rodzinnego grilla jednocześnie 🏎️🍖

Kolega:
XD 😂
I co dalej?

Alexander:
Zabrał mnie do domu 🏡
Tam cała rodzina 👨‍👩‍👧‍👦
I nagle… oni zaczęli gadać po polsku 🇵🇱😳

Kolega:
Nieee 😲

Alexander:
Tak! 😆
A potem zaczęliśmy składać rodzinne puzzle 🧩
I wyszło, że jesteśmy spokrewnieni 🌳😮

Kolega:
Czyli pojechałeś do Kanady leczyć ząb i znalazłeś rodzinę? 😂🦷🌍

Alexander:
Dokładnie tak 😎
Zgorzel + dentystka + dziwne nazwisko = nowi krewni 🦷➕👩‍⚕️➕📛 = 👨‍👩‍👧‍👦

Kolega:
To jest najlepsza historia ever 🤣👏

Alexander:
Czekaj, to jeszcze nie koniec 😏
Siedzieliśmy potem przy komputerze 💻 i szukaliśmy reszty rodziny w internecie 🌍🔍

Kolega:
Ty to nawet na drugim końcu świata musisz bawić się w informatykę 🤓😂

Alexander:
No pewnie 😎
Podłączyłem im internet, ogarnąłem maila, Skype’a i takie tam 📧💬💻
Czułem się jak rodzinny technik IT i odkrywca rodu w jednym 👨‍💻🌳

Kolega:
A młodzi tam byli? 👦🎮

Alexander:
Tak 😁
Poznałem też moich dalekich krewnych w moim wieku 👊
Graliśmy na konsoli 🎮💥, gadaliśmy i było serio super 😄

Kolega:
Czyli jednak ten wyjazd uratowany 🙌

Alexander:
I to jak 😌
Na początku myślałem, że Kanada to tylko ból, deszcz i dentysta 🌧️🦷😵
A wyszło, że to ból, deszcz, dentysta i niespodziewana rodzina 😂🇨🇦

Kolega:
Brzmi lepiej niż szkolna wycieczka 😎

Alexander:
Trochę tak 😁
Tylko wolałbym bez tej części, gdzie wyglądam jak chomik po eksplozji 🐹💥

Kolega:
Za późno, już cię tak zapamiętałem 🤣

Alexander:
Dzięki za wsparcie, przyjacielu 🙄😂

Kolega:
Zawsze 😎🤝
A morał?

Alexander:
Nigdy nie lekceważ zęba 🦷⚠️
I nigdy nie wiadomo, czy u dentysty nie znajdziesz rodziny 😂🌳

                                                                                DZIADEK MRÓZ

                                                  Autor: Ewa Lesniewska

Oparte na prawdziwej historii  wywiezionego na Syberię w wieku czterech lat Janusza.

Alexander , przebywający na wymianie szkolnej w Kanadzie, trafia na ślad Janusza u dentysty.

Janusz opowiada mu historię swojej deportacji na Syberię, do krainy Dziadka Mroza i tułaczki po Persji, Afryce zanim dociera do Kanady.

Ta historia brzmi  dla Alexandra jak zła bajka

Alexander streszcza ją rówieśnikowi  słowami nastolatka.

Na końcu obu szokuje informacja o aktualnych deportacjach dzieci z Ukrainy do tych samych obozów w Rosji i wyciągają swoje wnioski

[15:36] Ja:
Ej stary, wiesz, że Kanada to kraj slow-motion? 🌲🍁
Tu nawet ślimaki mają kompleksy prędkości.

[15:37] Ja:
Siedzę u dentysty w jakimś Belleville – to nie żart, tak się naprawdę nazywa to miasteczko.
Czuję się jak w „Doktor Quinn – kanadyjska wersja”.

[15:38] Ja:
I zgadnij co…
Ząb mnie boli jakby chciał wyskoczyć z dziąsła i złożyć wypowiedzenie. 🦷💣

[15:39] Czytelnik:
No weź… A nie mogłeś tego załatwić przed wyjazdem?

[15:40] Ja:
Haha, trzy razy byłem u mojego dentysty i nic nie zrobił.
i zostawił mnie z tykajaca bombą!”

[15:41] Ja:
I z tym bólem trafiłem do kanadyjskiej kliniki. W deszczu i pod górkę.
Normalnie film katastroficzny, tylko popcornu brak. 🎬🌧️

[15:43] Ja:
A w środku czeka wybawicielka… w białym fartuchu.
Wzięła mój paszport i czyta go z takim skupieniem, jakby tam był ukryty przepis na eliksir młodości.

[15:45] Ja:
I nagle BUM.
„Mam takie samo nazwisko jak ty!”
Sorki, co?
Czy ja umieram i mam majaki?

[15:46] Czytelnik:
HAHAHA, coooo? 😂😂😂

[15:47] Ja:
Tak! A potem: „Mój tata musi cię poznać!”
A ja tylko: czy to ząb, czy LSD?

[15:49] Ja:
W mgnieniu oka ojciec tej dentystki, czyli Janusz, zgarnął mnie w starej Korvecie prosto z fotela.
Czułem się jak Fast & Furious: Emeryt Edition 🚗💨

[15:51] Ja:
W domu: imprezka rodzinna lvl: Słowiańska Moc.
Zamieniłem się z obolałego chomika w detektywa genealogii.
Spoiler: jesteśmy spokrewnieni 🤯

[15:52] Czytelnik:
No nie wierzę. Masz rodzinę w Kanadzie?!

[15:53] Ja:
TAK. I nawet kilku ziomków w moim wieku, z PS3 i kolekcją gier wojennych.
Od bólu zęba do LAN-party – kto by pomyślał 😎🎮

[15:54] Ja:
A ten Janusz?
Wygląda jak dziadek, ale gra w ping-ponga jak ninja.
Wali topspiny z prędkością światła.

[15:55] Ja:
Na koniec weekendu już miałem ustawiony kalendarz bardziej niż premier filmów Marvela.
Ogród, grill, występy, pokazy, geneza rodziny… FULL PAKIET.

[15:56] Ja:
Na serio, odkryłem, że Kanada to nie tylko syrop klonowy i łosie.
To też serdeczność, powolność i… rodzina, która nazywa się TAK JAK JA.
Szok i niedowierzanie.

[15:57] Ja:
PS. Królik domowy nadal mnie irytuje.
Zwłaszcza że ostatnio zeżar mi zakładkę z książki.

[15:58] Czytelnik:
Czyli wyjazd życia? XD

[15:59] Ja:
Nie wiem, czy wyjazd życia, ale z pewnością odjazd zęba.
Pozdrowionka ✌️

Pauza na sprawy doczesne.

[18:22] Ja:
Ej, pamiętasz tego Janusza z Kanady? No to stary, gość miał dzieciństwo jak z filmu… ale takiego wojennego. 😳

[18:23] Kumpel:
Janusz? Ten dziadzia od dentystki? XD

[18:24] Ja:
No ten sam. Pokazał mi zdjęcie matki – JEDNO. W ramce jakby to była święta relikwia z Watykanu.
Prawie się wzruszyłem, ale szybko przeszło. 😅

[18:25] Ja:
Myślałem, że mama zmarła w jakimś typowym stylu: rak, wypadek, serial brazylijski.
Ale nie, Janusz wrzucił mnie w tryb hardcore history. 😬

[18:27] Kumpel:
No nie mów, że odpalił tryb „wspomnienia dziadka”? 😂

[18:28] Ja:
TAK! Codziennie wieczorem. Opowieści rodzinne level: „ZSRR – edycja przetrwania”.
Dziadek z Kasachstanu, babcia z Syberii. Prawie jak wakacje z biurem podróży Stalin Tours. ❄️🚂

[18:30] Ja:
Dostał „bilet w jedną stronę” od sowietów – i to nie do tropików, tylko do mroźnego Mordoru.
Zero ogrzewania, zero WC. W wagonie klasy „piekło“.

[18:31] Kumpel:
XD no stary, to brzmi jak dramat Netflixa!
I co, przetrwał?

[18:32] Ja:
No jak widać. Ale opowiadał to jakby był bohaterem jakiegoś survivalu.
Sowieci to w tej historii bossowie końcowi. Niemcy byli źli w czasie wojny, a ci drudzy – „all inclusive” zło non stop. 😬

[18:33] Ja:
A potem przeszedł płynnie do tematu „czemu nikt nie lubi Niemców” 🤦
I że jego mama kazała mu mówić po polsku na wakacjach, żeby nie dostał z liścia od turystów.

[18:34] Kumpel:
HAHAHAHA. A ty jak się ratowałeś?

[18:35] Ja:
Kiedy polskie dzieciaki na placu zabaw wyzywały mnie od szwabów i hitlerowców (pozdro!), to kazałem im powiedzieć „Stół z powyłamywanymi nogami”.
Nie dali rady, mądrale. 😂

[18:36] Kumpel:
MISTRZ.
A Janusz, skąd w ogóle wylądował w Kanadzie?

[18:37] Ja:
No i tu wjeżdża puszka Pandory. Tylko zamiast demonów – słowa, słowa i jeszcze raz słowa.
Stary, gadałby pewnie do dziś, gdyby nie to, że… no nie wiem, zgasło światło.

[18:38] Kumpel:
W sumie spoko historia. Taka… 100% prawdziwa Kanada – syrop, łosie i trauma pokoleniowa. 🍁🦌🥶

[18:39] Ja:
Dokładnie!
A ja tu przyjechałem tylko po angielski i trochę luzu. A dostałem bonus: cała saga rodu z przetrwalnikiem Syberii w tle 😂

[18:40] Kumpel:
Nieźle. Czyli zamiast korepetycji z angola masz korepetycje z życia.

[18:41] Ja:
Z życia, historii i przetrwania w wagonie bez toalety, popcornu z szyszek i czapki z kory brzozowej, butów z niedźwiedziej skóry.Horror scenario.

18.50 Kumpel

Ej nie przeginasz?. To brzmi jak bajka syberyjskiego misia uszatka dla dzieci

19.00 Ja

To raczej taka Bajka łagrowa, czyli opowieść spod pryczy

20.00 Kumpel

Bajki, to ty dzieciakom podrzuć do spania. Ja wolałbym trochę emocji.

Przerwa na kolację i naukę

22.00 Ja

Jesteś pewien, że to przełkniesz?

22.10 Kumpel

Spoko.

DZIEŃ NASTĘPNY

[21:04] Ja:
Stary, słuchaj tego, bo brzmi jak Netflix Originals: ZSRR edition,

W  roli głównej Janusz, ten, który mnie zgarnął na obiadek i genealogiczne odkrycia.

[21:05] Kumpel:
Nooo, nieeee! Ten od zabytkowej Korvety i zębów?  😂

[21:06] Ja:
To nie żart – gość jako czterolatek dostał bilet w jedną stronę do… Kazachstanu.
Nie na all-inclusive, tylko do jakiejś Farmy nr 2 w rejonie Karabałyk.
Z Kałusza go wywieźli. Brzmi jak wakacje marzeń, nie?

[21:08] Kumpel:
XD No nieźle. Ja w tym wieku klocki LEGO układałem, a on pewnie układał… węgiel. 🧱

[21:09] Ja:
I to nie koniec – jego żona, Danuta, też miała „turystyczny” pakiet premium.
Z Warszawy przez Hutę Wjerhołomską do jakiegoś Beregajewa w Syberii.
Nowosybirska obłaść, bracie. Brzmi jak nazwa choroby. 🥶

[21:11] Kumpel:
Huta WJERHOŁOMSKA? XD
Tam to się już sama nazwa łamie w pół. Jak z tej miejscowości nie wychodzisz z traumą, to nie wiem z czym.

[21:12] Ja:
Ale najlepsze przed nami. W 1941 – amnestia.
Prawie jakby ktoś powiedział: „A dobra, niech już idą.”
I co? Spakowali plecaki i WALNĘLI ZWROT do Teheranu. TEHERANU, ziomuś! 🐪🔥

[21:13] Kumpel:
CO?! Z Kazachstanu na pieszo do Teheranu? XD
Ja ledwo na WF-ie do końca boiska dobiegam.

[21:14] Ja:
Spacerkiem, to oni by połowę życia tam szli. Parową lokomotywką jechali, potem parowcem do Mombasa i na słoniach do KOJA i MASSINDI w Afryce.
Bo czemu nie, niech dzieci po traumie klimat zmienią w koloniach angielskich.
Rozdzielili ich, jakby ktoś grał w losowanie miast z globusa.

[21:15] Kumpel:
Serio? Jak ja narzekam, że mnie raz do babci na wieś ciągnęli.  Teraz pryskam z domu, jak mnie w plener wywozić chcą.

[21:16] Ja:
A w 1948? Wsiadają do statku i płyną do Anglii.
Bez Instagrama, bez GPSa, bez TikToka.
Szok, że przeżyli bez scrollowania.

[21:17] Kumpel:
A potem? Happy end?

[21:18] Ja:
Prawie jak w bajce. On został dentystą w Kanadzie. Ona nauczycielką.
Czyli klasyczne: za Syberią, wszystko to RAJ. 🙃

[21:19] Kumpel:
A rodzina w Polsce?

[21:20] Ja:
Uznała ich za zaginionych.
Pewnie myśleli, że porwało ich UFO albo że zamieszkali z niedźwiedziami.
A oni zamieszkali z niedźwiedziami, ale w Kanadzie.

[21:21] Kumpel:
Brzmi jak historia, w którą bym nie uwierzył, gdybyś mi nie napisał tego w 30 SMS-ach 😂

[21:22] Ja:
No widzisz. A my się martwimy, że internet słaby albo że autobus się spóźnia.
Janusz by nam powiedział: „Synku, ja jechałem z Kazachstanu do Afryki bez klimy”.

[21:23] Kumpel:
Szacun dla Janusza.
I jak mu teraz zrobisz laurkę, to koniecznie napisz: „Pozdro z wolnego świata” 😅

[21:24] Ja:
Haha, dokładnie tak zrobię.
Prawdziwy człowiek-mapa i hero. Aż mnie sumienie rusza, że narzekałem na obiad w stołówce.

Pauza.

22.00 Kumpel

Hejka. Rzuć jeszcze parę faktów o tej Syberii. Zaiskrzyło w czatach.

[22:01] Ja:
Stary… po tej historii już nigdy nie nazwiesz podstawówki „więzieniem”.

[22:02] Kumpel:
No nie mów,  gorsze niż kartkówka z matmy? 😂

[22:03] Ja:
Dużo gorzej.
Czytałem o dzieciakach, które za „zbrodnię bycia dzieckiem“ trafiały do łagrów.
W sensie dosłownym. Dzieci. Niemowlęta. W RÓŻOWYCH CZAPECZKACH, ziomuś.

[22:04] Kumpel:
COOO? Jak to?
„Zamkniemy was, bo macie nie ten numer PESEL”? 😵‍💫

[22:05] Ja:
Prawie. Bo jak Stalin skazał: „Twoja mama nie lubi Związku Radzieckiego? Ty też jesteś wrogiem narodu! Do żłobka – wersja syberyjska.” ❄️

[22:06] Kumpel:
No pięknie. I pewnie dzień zaczynali śpiewając coś w stylu:
„Dziękujemy, towarzyszu Stalinie, za nasze szczęśliwe dzieciństwo!” 🤡

[22:07] Ja:
TAK. Dokładnie to.
Wersja ZSRR dla dzieci: 3 lata żłobek, 4 lata sierociniec, potem praca w kołchozie.
A jak dożyjesz 14-tki, to już sukces. Medal za wytrzymałość.

[22:08] Kumpel:
Czyli taki radziecki system edukacji: „Od pampersa do gułagu.“
I zero przerw na TikToka. Co za koszmar.

[22:09] Ja:
Gorzej – jak dziecko płakało za mamą, to opiekunka dostawała po głowie.
Bo kontakt z matką był zakazany.
Nie śpiewać, nie rozmawiać, nie tulić. Dziecko ma dorastać jak ziemniak w piwnicy. 🥔

[22:10] Kumpel:
Stary, to już nawet tamagochi miało więcej atencji niż te dzieci…

[22:11] Ja:
I zero zabawek.
Jedyna zabawa to: „kto pierwszy złapie wszy” albo „kto nie padnie z głodu”.
W bonusie kasza z owsa – czyli śniadanie mistrzów w wersji „świnia by nie zjadła”.

[22:12] Kumpel:
Dobrze, że nie robią escape roomów w tym klimacie.
Bo by nikt nie przeżył intro.

[22:13] Ja:
A i jeszcze – dzieci na pytanie „co to za domek?” pokazywały barak i mówiły radośnie: „Zona!”
Bo nie znały innego świata.

[22:14] Kumpel:
😳
Dobra, teraz serio mi się zimno zrobiło.

[22:15] Ja:
Mnie też.
I to wszystko „dla ich dobra”, bo przecież rząd radziecki „nie karze, tylko wychowuje”.
No jasne. Jak wilk pasie owieczki. 🐺🐑

[22:16] Kumpel:
Czyli nasze narzekanie, że w stołówce nie ma keczupu, to trochę… nie na miejscu.

[22:17] Ja:
Zdecydowanie.
Od dziś jem ciemny chleb z godnością i nie narzekam, jak matka każe zmieniać skarpetki.

[22:18] Kumpel:
I powiem babci, że jednak dobrze, że nas wojna ominęła.
Bo mogliśmy trafić do fabryki aniołków… i już nie wrócić.

[22:19] Ja:
No i widzisz, historia uczy pokory.
A ja idę się przytulić do kołdry i podziękować, że nie muszę rano dziękować Stalinowi za życie.

[22:20] Kumpel:
Dobranoc, bracie wolności.
I niech ci się nie przyśni Karabałyk.

 

Ciąg dalszy.

 

[22:53] Ja:
Ej ziomek, zapomnij o narzekaniu na szkolną stołówkę.
Po tym co przeczytałem, nasz schabowy to jak danie z MasterChefa. 🍽️

[22:54] Kumpel:
Haha co znowu? Ktoś ci dał dwa groszki mniej?

[22:55] Ja:
Nie no, poważnie.
Wyobraź sobie – Syberia, minus trzydzieści, a ty jesz…
zupę z trawy i łyżkę oleju pachnącego jak WD-40. 🌿🛢️

[22:56] Kumpel:
Brzmi jak menu z piekła.
I jeszcze pewnie płacisz za to kartą… życia. 💳😵

[22:57] Ja:
Dokładnie.
Do picia „plujka”, czyli zupa z nie wiadomo czego.
Na deser: mokry chleb jak glina i ryba, która śmierdzi zanim ją jeszcze złowisz. 🐟

[22:58] Kumpel:
Bro, ja po takim śniadaniu sam bym się do karceru zgłosił.

[22:59] Ja:
A karcer to był luksus — pokój jednoosobowy z wentylacją typu: szczelina w ścianie.
Zero ogrzewania, zero światła. Cichy chillout i tylko minus czterdzieści.

[23:00] Kumpel:
To już w Fortnite w bunkrze lepiej.
I pewnie jeszcze sąsiedzi typu: „Współwięzień z tasakiem + 3 dni bez chleba“ 🔪

[23:01] Ja:
Mhm.
A dzieci? Jak były wystarczająco twarde, to mogły zostać sprzedane.
Jak nie – to jadły korę z drzew i trawę. TRAWĘ. Jak królik w survivalu. 🐇

[23:02] Kumpel:
Ja nie wiem, jak te dzieci przeżyły.
Ja po 3 godzinach bez WiFi już tracę wolę życia.

[23:03] Ja:
Część nie przeżyła.
Inne jadły „gurty“ – kawałki sera twardego jak kostka brukowa.
Trzymały w ustach godzinę, żeby dało się to w ogóle ugryźć. 😬

[23:04] Kumpel:
Czyli… zero Netflixa, zero snickersa, tylko „serdecznie witamy w strefie przetrwania“.
I za Wigilię – kasza z olejem i chleb udający opłatek. Brzmi magicznie.

[23:05] Ja:
A jak ktoś się za bardzo ucieszył przy tej kaszy, to…
donos i karcer.
Bo świętowanie = podejrzana sprawa. Stalin nie lubił szczęśliwych ludzi. 😑

[23:06] Kumpel:
No ja bym się nie odważył na „Wesołych Świąt” w takim klimacie.
Chyba że do ściany.

[23:07] Ja:
I jeszcze – codziennie rewizja osobista na mrozie.
W stylu: „Zdejmij wszystko, pokaż kieszenie, oddaj ziemniaka”. 🥶🥔

[23:08] Kumpel:
A ziemniak to była waluta życia.
Kto miał kartofla, ten rządził.

[23:09] Ja:
Dokładnie!
Wielkanocne placki pieczone z przemarzniętych bulw z pola.
Podkradzione przy niemieckiej kolonii.
Gordon Ramsay by zemdlał.

[23:10] Kumpel:
Ja już zemdlałem.
Idę przytulić mojego chipsa paprykowego i powiedzieć mu, że go kocham.

[23:11] Ja:
I nie narzekaj już nigdy na obiady w szkole.
One przynajmniej nie gryzą. 😄

 

 

 

Gehenny ciąg dalszy

[20:43] Ja:
Stary, siadaj, bo zaraz opowiem ci dalszą bajkę… tylko że w wersji hard.
Janusz i Śnieżynka – survival story z Kazachstanu ❄️🥶

[20:44] Kumpel:
Brzmi jak połączenie „Kraina Lodu“ i „Obóz przetrwania Syberia Edition“ 😳

[20:45] Ja:
No właśnie!
Mały Janusz, lat cztery, zasypia w śnieżnej ziemiance i śni, że grad to chrupki, śnieg to bułeczki, a sopel to lizak.
W skrócie – Dziecięca Kuchnia Zimna w wersji halucynacja.

[20:46] Kumpel:
Nie no, śnieg jako obwarzanek? XD
Chłop był głodny tak, że zamarzające płatki zamieniły mu się w pieczywo.

[20:47] Ja:
Dokładnie!
Zamiast marzyć o Mikołaju, błagał śnieżynkę, żeby ze śniegu wyczarowała mu… nie Lamborghini, nie drona – ale kawałek czarnego razowca 🍞💔

[20:48] Kumpel:
Szanuję priorytety.
Bo chleb 🍞 > wszystko.

[20:49] Ja:
A Leszek, starszy brat Janusza, nie wierzył w bajki i modlił się do Jezusa o chleb.

[20:50] Kumpel:
 „No  co Ty, przecież ten Jezus tylko rozmnażał chleb, a jak nie mieli ani kromki, to na nic im ten Jezus w łagrze, no nie??”

Zabawne i smutne, jak święta w grudniu bez prezentów i prądu.

[20:51] Ja:
Zimą wkładał walonki pod palenisko w łagrowej kuchni, żeby może… Święty Mikołaj tam coś wrzucił.
Spoiler alert: nie wrzucił.

[20:52] Kumpel:
Mikołaj chyba wtedy utknął na granicy ZSRR.
A może NKWD go zgarnęło za działalność kontrrewolucyjną 🎅🚫

[20:53] Ja:
Haha, właśnie tak myślał Janusz!
„Mikołaj to przecież kułak! Bo… daje prezenty ?!

[20:54] Kumpel:
XD
Ale był ich Dziadek Mróz. Jego prezent, to zgniła ryba.

[20:55] Ja:
A prezent od Sowietów: transport w wagonie dla zwierząt, trzy tygodnie bez toalety, podróż marzeń prosto do pasiołka w Kazachstanie lub na Syberii.

[20:56] Kumpel:
I co dalej?

[20:57] Ja:
Nie no, klasyk.
Zimą widział śnieżynkę, wiosną znienawidził przyrodę za to, że roztopiła jego marzenia.
Mówi, że NKWD zgarnęło go jesienią,  bo nie zdążył schować się w domku na drzewie, który zbudował brat Leszek. 🥲🌳

[20:58] Kumpel:
I tak się kończy zabawa w „Pustynię i w puszczę“ w wydaniu NKWD.
Od baobabu do baraku.

[20:59] Ja:
Zimą spał w ziemlance i czekał aż Dziadek Mróz przemieni śnieg w sachar i sało.
Spoiler: nie przemienił. Ale za to zamrażał ludzi wzrokiem jak prawdziwy boss.

[21:00] Kumpel:
Dziadek Mróz w wersji ZSRR: „zamiast prezentów – hipotermia“.
Co za klimat! ❤️🥶

[21:01] Ja:
A Janusz?
Przeżył, bo miał marzenia, wierzył w bajki i jego żołądek skurczył się do rozmiarów orzecha laskowego, czyli adaptacja l:1000.

[21:02] Kumpel:
No i co tu dużo mówić…
Niech nasze pokolenie się nie waży jęczeć, że „kanapka była bez majonezu”.
Janusz mlaskał do sopla, my płaczemy do chipsów.

[21:03] Ja:
Morał?
Nie lekceważ śnieżynki. I zawsze noś walonki, bo może ktoś coś tam wrzuci.
Ale nie licz na Mikołaja, jeśli jesteś za Uralem 😅

c.d.n

[19:01] Ja:
Ej, siemanko! Dzisiaj o Januszu i czterdziestu rozbójnikach!

[19:02] Kumpel:
Znowu jakaś bajka?

[19:02] Ja:
Prawie.
Janusz — lat 4 — jedzie wagonem dla krów prosto do krainy marzeń za Ural.
Bo wiadomo, każdy dzieciak marzy o śniegu po pas i walonkach jak łódki.

[19:03] Kumpel:
Aha, czyli full pakiet: mrozy, bajki i radziecki Disneyland.

[19:04] Ja:
Tyle że zamiast Myszki Miki – Dziadek Mróz, zamiast hot-dogów – zupa z mchu, a zamiast kolejki – dwanaście godzin w łagrze z tasakiem.

[19:05] Kumpel:
Brzmi jak wycieczka szkolna na Sybir.
A śnieżynka?

[19:06] Ja:
A śnieżynka chyba zgubiła GPS, bo Janusz jej nie znalazł.
Zamiast prezentów dostał: kradzież nocnika, onuce znikające nocą i walonki wypychane mchem.
MossFashion 1940™.

[19:07] Kumpel:
XD
Czyli pierwsze lekcje:

  1. Pilnuj nocnika
  2. W nocy śpij z jedną ręką na walonkach
  3. Śnieg nie jest jadalny

[19:08] Ja:
Ale Janusz nie poddał się! Z bratem Leszkiem zostali Ali Babą i rozbójnikami.
Z lasu kradli wszystko: mech, korę, szyszki, a nawet wiewiórki.
Bo kto by nie chciał futra na zimę i lunchu w jednym 🐿️🔥

[19:09] Kumpel:
Wiewiórka deluxe: 2 w 1

  • Cieplej ci
  • I już nie burczy w brzuchu

[19:10] Ja:
A potem z ptasich piór z kradzionych kur Janusz chciał ulepić żar pticę i uciec z łagru.
Brzmi jak escape room z bajki, tylko że stawką było życie.

[19:11] Kumpel:
I co? Poleciał?

[19:12] Ja:
Nie, bo komendant – znalazł pióra, mama Janusza trafiła za to do izolatki, a Janusz prawie do „izby śmierci”.
Ale się wybronił, wkręcając Babie Jadze, żonce komendanta, że to jastrząb porywał kury.
Leszek dorzucił historię o ptaku i voilà – MAMA URATOWANA.

[19:13] Kumpel:
Czyli Janusz to mistrz bajkopisarstwa ratunkowego 😂

[19:14] Ja:
A komendant? Ten miał swoje gierki z sołdatami w ruską ruletkę.
„Ten z baraku 4 nie dotrwa do środy, stawiam bimber!”

[19:15] Kumpel:
No to bardzo „wesołe miasteczko”.
I dzieci co rano lepiły bałwana i stawiały przed komendanturą, żeby mógł się ćwiczyć w strzelaniu do celu.

[19:16] Ja:
Najlepsze: raz zrobili bałwana i schowali tam….. martwego Żyda w pozycji siedzącej.
Bo bali się, że jak znajdą ciało w baraku, to spalą cały barak w panice, że tyfus.
Komendant strzelił jak zwykle, ale jak trup nie padł… TO ON SAM PRAWIE PADŁ 😂

[19:17] Kumpel:
No i zobacz, jak działa dobra scenografia!
Dzieci 1:0 Komendant

[19:18] Ja:
Zima to był dopiero żart:
– minus 50°C
– 12h pracy
– deski cięższe niż komendant
– kiziak z łajna jako opał i budulec
– mycie: ługiem, a jak luksusowo, to śniegiem.

[19:19] Kumpel:
A lato?
Trochę odsapnąć?

[19:20] Ja:
Hahaha, nie.
Komary wielkości gołębi, bąble do kości, budowanie dróg przez bagno z taczką i klapkiem.
A deski – dłuższe niż lista bajek Janusza.

[19:21] Kumpel:
Czyli wersja: „Piekło Deluxe“ – zimą umierasz na mróz, latem na owady i błoto.

[19:22] Ja:
Tak. A jak już padłeś, to i tak cię rozbierają do naga i chowają w jamie po dynamicie.
Bo wszystko co miałeś, należało do… ZSRR.

[19:23] Kumpel:
A mówią, że komuna to równość.
Tu przynajmniej wszyscy zamarzali po równo.

[19:24] Ja:
I nikt nie miał nosa do interesów, bo literalnie – większość nie miała już nosa.
Ani uszu. Ani części twarzy.

[19:25] Kumpel:
Janusz – bohater naszych czasów.
Z nocnikiem, mchem w walonkach i żarem pticą z kur.
A my marudzimy, że bateria w telefonie siada.

[19:26] Ja:
Morał?
Nie lekceważ bajek.
Bo tylko bajka ratuje psychikę w krainie, gdzie marzenia zamarzają szybciej niż woda.

[19:27] Kumpel:
I pilnuj nocnika. Zawsze.
#Janusz=Legenda

NIESTETY, TO JESZCZE NIE KONIEC

[21:07] Ja:
Ej, stary… wiesz, że Janusz miał tak hardkorowe dzieciństwo, że nasza szkoła to w porównaniu z tym sanatorium?

[21:08] Kumpel:
Znowu coś z łagru? Znowu popcorn z szyszek?.

[21:08] Ja:
Ej tam, popcorn. BIMBER, człeku! Czaisz? Matka pędziła bimber z ziemniaków, buraki sadziła jak ninja w ogródku pod okiem sołdatów, a potem siedziała w izolatce, bo buraki wyglądały… podejrzanie czerwono. 🤯

[21:09] Kumpel:
XD
Bo dla Sowietów „To za zielona czerwień?! O, TO JUŻ SABOTAŻ!”

[21:10] Ja:
I Janusz z kwiatkami i burakiem leci do żony komendanta – Baby Jagi – błagać o litość.
Wchodzi do chaty, zdyga się, bo to przecież „izba śmierci”… ale gotuje jej barszcz komunistyczny.

[21:11] Kumpel:
Czekaj, czyli PRZETRWAŁ tylko dlatego, że wkręcił jej, buraka, jako symbol komunizmu? 😂

[21:12] Ja:
Dokładnie!
Jeszcze dorzucił, że Mikołaj to też komuch, bo ma czerwony płaszcz. I że żar ptica jest prosowiecka, bo ruda.
No i opowiedział jej całą bajkową wersję „Stasia i Nel jako rewolucjonistów w Afryce”.

[21:13] Kumpel:
Nie mogę 🤣
Czyli edukacja a la Andersen i Sienkiewicz = życie uratowane.

[21:14] Ja:
A potem w ramach „artystycznego protestu” dzieci ulepiły z mchu i kamieni śnieżnego komendanta z… przyrodzeniem z pala.
I…..?…   Sołdaty: owatowali mu na stojąco

[21:15] Kumpel:
I śpiewali do kukły Katjuszę 😂

[21:16] Ja:
A komendant taki zadowolony, że cały tydzień nikogo nie zabił.
Cud bożonarodzeniowy, normalnie.

[21:17] Kumpel:
A propos świąt – opowieść o niedźwiedziu Miszy rozłożyła mnie na łopatki.
Pół łagru go zjadało, a Janusz dostał… niedźwiedzie ucho do walonki 😂

[21:18] Ja:
Mówił, że grzało aż do wiosny!
A potem z mamą zrobili z rozlanego na śniegu tłuszczu Miszy rosół na mchu.
Na Wigilię.
Kolędowali bez dźwięku, bo jakby sołdat usłyszał, to bye bye stakan, hello karcer. 😶‍🌫️

[21:19] Kumpel:
Święta jak z reklamy: barszcz, kolęda i łzy…
Ale przynajmniej śnieżynka się spisała. No i żarło się Mikołaja Miszę.

[21:20] Ja:
A teraz UWAGA:
Janusz w stepie →w krowim łajnie na twarzy jako repelent na komary
A wilki to naraz jego pobratymja, bo zostawiają mu padlinę z owcy i wołu jako karmę.
Do tego wszystko dla niego, bo  Żydzi i Kazachy nie jedli niekoszernego.
Janusz: „KOCHA WILKI. KOCHA ŻYDÓW. KOCHA KAZACHÓW. I….DZIĘKUJE ZA PADLINĘ.” 🐺

[21:21] Kumpel:
Ten dzieciak miał dietę: „padlina, mech, barszcz z buraka strategicznego”.
I jeszcze misję moralną. A my: „Mamo, nie ma keczupu…”

[22:44] Alex:
Stary, w tajdze nawet choroby miały klimat bardziej kreatywny niż nasza szkoła na dzień talentów. 😵‍💫

[22:45] Kumpel:
No dawaj. Co tam było?
Gruźlica Deluxe? Syberyjski Battle Pass? 😂

[22:46] Alex:
Prawie.
Najpierw „kurza ślepota”, czyli wieczorem świat ci się po prostu wyłącza jak lampka nocna po kontroli rodzicielskiej. 🌒

[22:47] Kumpel:
Czyli idziesz przez las i nagle:
„Przepraszamy, wzrok chwilowo niedostępny. Spróbuj ponownie jutro.” 👁️❌

[22:48] Alex:
Dokładnie tak.
Wracasz z wyrębu, patrzysz — drzewa są.
Mrugasz — drzew nie ma.
Została tylko ciemność i strach, że zaraz przytulisz nie mamę, tylko pień albo wartownika.

[22:49] Kumpel:
No pięknie. Nawet GPS by tam powiedział:
„Radź sobie sam, obywatelu.” 🧭

[22:50] Alex:
Potem wjeżdża cynga.
Dziąsła krwawią, zęby bolą, ciało się sypie jakby ktoś cię składał z kartonu i wilgoci. 🦷💀

[22:51] Kumpel:
Czyli organizm mówi:
„Słuchaj, witamin nie dowiozłem, zamykam interes.”

[22:52] Alex:
Mama Janusza robiła wtedy aptekę z brzozy, łupin, rybich ości i żywicy.
Normalnie NFZ: oddział leśny, specjalizacja „byle nie umrzeć dziś”. 🌲

[22:53] Kumpel:
Lepsze niż pakiet medyczny w szkole.
Tam masz katar i termin na listopad, tu masz szkorbut i lizaka z soku brzozowego.

[22:54] Alex:
Był też wilczy głód.
To nawet nie choroba, tylko stan skupienia człowieka.
Myślisz o chlebie. Śnisz o chlebie. Patrzysz na korzeń jak na croissanta. 🥖🐺

[22:55] Kumpel:
Brzmi jak ja na diecie, tylko u mnie kończy się na zamówieniu pizzy, a u nich na jedzeniu kory.

[22:56] Alex:
A inni mieli słoniowaciznę, rybią łuskę, zajęczą wargę, gęsią skórkę non stop…
W tajdze człowiek był trochę zoo, trochę zielnik, a trochę oddział interny bez lekarza. 😬

[22:57] Kumpel:
Czyli jak ktoś mówił „mam coś zwierzęcego”, to nie chodziło o instynkt, tylko o pełny atlas chorób. 🐘🐟🐇

[22:58] Alex:
Dokładnie.
A najlepsze, że oni jeszcze z tego żartowali, bo jak nie żartujesz, to zostaje ci tylko płacz.
A w tajdze nawet płakać trzeba było oszczędnie.

[22:59] Kumpel:
No i to jest najbardziej przerażające.
Humor jako ostatnia witamina.

2) Jadłospis tajgi — menu z piekła, ale z leśnym aromatem

[23:03] Alex:
Stary, stołówka tajgi to było coś między MasterChefem, zielnikiem i desperacją. 🍽️🌲

[23:04] Kumpel:
Proszę bardzo, poproszę kartę dań.
Oby była lepsza niż nasza szkolna zupa „niespodzianka”. 😏

[23:05] Alex:
No to jedziemy:
na śniadanie — chleb z piołunu, gorzki jak przemówienie Stalina.
Na obiad — kora, szyszki i owsianka tak cienka, że bardziej przypominała wspomnienie po jedzeniu.

[23:06] Kumpel:
Czyli nie „smacznego”, tylko „powodzenia”. 😂

[23:07] Alex:
Dokładnie.
Korzonki były tak twarde, jakby też siedziały w łagrze i nie chciały współpracować.
Żułeś je pół dnia, żeby przekonać szczękę, że to jednak legalne pożywienie.

[23:08] Kumpel:
A deser?
Powiedz, że chociaż był deser, bo się obrażę.

[23:09] Alex:
Był.
Żywica.
Taki cukierek od sosny: klei zęby, oszukuje głód i daje iluzję, że życie ma jakiś smak. 🍬🌲

[23:10] Kumpel:
Sosna: sponsor emocjonalny dzieciństwa.
Hasło reklamowe: „Nie dam ci obiadu, ale dam ci coś do żucia.”

[23:11] Alex:
Wiosną robiło się bardziej wegańsko-apokaliptycznie:
pokrzywy, lebioda, młode liście malin, czosnek niedźwiedzi…
Las wpadał do gara i udawał zupę.

[23:12] Kumpel:
Czyli „krem z przyrody z nutą rozpaczy”. 🌿

[23:13] Alex:
Latem był peak sezonu: jagody, maliny, moroszki, grzyby, sok z brzozy, czasem miód z woskiem.
Na chwilę tajga robiła promo i udawała, że chce ci pomóc.

[23:14] Kumpel:
Aż brzmi jak eko-festiwal.
Tylko że wejściówką jest szkorbut i trauma.

[23:15] Alex:
No i jeszcze robaki, dżdżownice, wszystko co się ruszało wolniej od człowieka i nie zdążyło uciec.
W tajdze pytanie nie brzmiało: „czy to się je?”
Tylko: „czy to da się ugotować?”. 😬

[23:16] Kumpel:
Piękne.
Kuchnia survivalowa: zero estetyki, sto procent biologii.

[23:17] Alex:
A gdy zaczynały się żniwa, dzieci zbierały pojedyncze kłosy jakby to było złoto.
Komendant gonił ich batem, bo zboże było ważniejsze od ludzi.
Plan pięcioletni musiał się zgadzać, nawet jak dziecko nie miało co gryźć.

[23:18] Kumpel:
Czyli klasyka:
system najedzony, ludzie niekoniecznie.

[23:19] Alex:
Najgorsze, że oni z tego wszystkiego robili menu z wyobraźni.
Trochę drzewa.
Trochę ziemi.
Trochę trawy.
Trochę nadziei.
I tak przeżywali kolejny dzień.

[23:20] Kumpel:
Od dziś nie narzekam na szkolny makaron.
Nawet jak smakuje jak guma do ścierania, to przynajmniej nie był wcześniej częścią brzozy.

3) Sztuka w tajdze — kultura pod pryczą

[21:41] Alex:
Stary, najlepsze jest to, że nawet w tajdze była sztuka.
Nie taka z galerii, tylko taka, co ratuje głowę, kiedy świat próbuje ci ją odebrać. 🎨

[21:42] Kumpel:
No nie gadaj, że w łagrze mieli ASP.
Kierunek: malarstwo brzozowe i rzeźba z głodu? 😅

[21:43] Alex:
Prawie.
Był Jozele — artysta totalny.
Płótno? Kora brzozy.
Farby? Maliny, borówki, liście, błoto.
Pędzel? Patyk albo palec.
Budżet? Zero. Talent? Kosmos.

[21:44] Kumpel:
Czyli syberyjski Picasso, tylko zamiast wina miał kipiatok, a zamiast pracowni barak z pluskwami. 🖼️

[21:45] Alex:
Dokładnie.
Rysował portrety ludzi z obozu, żeby nie zniknęli całkiem.
Bo jak nie było zdjęć, to człowiek zostawał chociaż na brzozie.

[21:46] Kumpel:
To już nawet nie sztuka.
To archiwum dusz.

[21:47] Alex:
I najlepsze: zrobił karykaturę komendanta.
Nos jak kartofel, uszy jak wiatraki, ordery wiszące na wąsach.
Komendant nie docenił nurtu satyry obozowej. 😬

[21:48] Kumpel:
No szok, tyrani rzadko mają dystans.
Pewnie wolał martwą naturę z batem.

[21:49] Alex:
Skończyło się karcerem, ale rysunki i tak zostały w ludziach.
A dzieci miały jeszcze teatrzyk.
Lalki z kory, piórek, guzików.
Repertuar: „Czerwony Kapturek i Wilk NKWD” oraz „Śnieżka i siedmiu tajniaków”. 🎭

[21:50] Kumpel:
Nie no, to jest genialne.
Disney po zderzeniu z gułagiem.

[21:51] Alex:
Wszystko szeptem, żeby nie obudzić Baby Jagi z komendantury.
Brawa też półszeptem.
Nawet śmiech musiał chodzić na paluszkach.

[21:52] Kumpel:
A mimo to robili kulturę.
My dziś mamy internet, prąd i Canva Pro, a i tak narzekamy, że „nie ma weny”. 🤦

[21:53] Alex:
I jeszcze maski z kory brzozowej.
Na śnieżyce, na mróz, ale też trochę jak teatr.
Wyglądali jak duchy, kolędnicy i ostatni aktorzy końca świata naraz.

[21:54] Kumpel:
Czyli nawet Dziadek Mróz miał własny performance art.

[21:55] Alex:
No i właśnie o to chodzi.
W tajdze sztuka nie była hobby.
Była schronem.
Dowodem, że jeszcze jesteś człowiekiem, a nie tylko numerem przy pryczy.

[21:56] Kumpel:
Mocne.
Czyli kromki brak, ciepła brak, wolności brak — ale wyobraźni nie udało się aresztować.

[21:22] Ja:
I morał z bajki:
Wilk z Kazachstanu okazał się lepszy od Dziadka Mroza, Mikołaja i Sowietów razem wziętych.
Bo DAŁ MIĘSO.

[21:24] Ja:
 Janusz?
Przetrwał, bo wierzył w bajki.
I bo nikt mu nie ukradł walonki z uchem Miszy.
I bo jego barszcz był bardziej czerwony niż polityka ZSRR.

[21:25] Kumpel:
Od dziś szanuję każdą zupę. I każdą bajkę.
A wilki? To moi bohaterowie.
#DrużynaJanusza 🐾

Coś jeszcze

[22:04] Ja:
Ej , pamiętasz jak narzekaliśmy na naszą szkołę, bo nie działał ekspres do kakao?

[22:04] Kumpel:
Pamiętam. Ale teraz już nie narzekam. Po lekturze Januszowych Przygód w Krainie Dziadka Mroza to ja całuję ten ekspres codziennie rano.

[22:05] Ja:
Janusz to dopiero miał słodkie dzieciństwo.
Wycieczka rodzinna z Kałusza do Karabałyku w wagonach VIP typu „bydlęcych”.
Na miejscu: luksusowe apartamenty w baraku, klimatyzacja -50°, zero wyżywienia, a do picia woda z kałuży.

[22:09] Kumpel:
Ale hitem jest ten Hans – dziecko z osady niemieckiej z czasów carycy Katarzyny, które znało więcej z radia niż nasz historyk z podręcznika.
I bajki znał! Jak trafił do obozu Janusza, to opowiadał, że to Żydzi zatruwali wodę.
Aha, czyli siał bakterie w wersji ideologicznej.

I o jakimś Hitlerze coś nadawał,  co to jak na Sowietów napadł, to batjuszce Stalinowi wąs posiwiał z niedowierzania.

[22:10] Ja:
A Janusz prawie pokochał tego Hitlera, bo dołożył Sowietom, no i czekał, że go uwolni…
Stary, to był najczarniejszy żart świata.
Tak bardzo, że aż piekło się zaśmiało.

[22:11] Kumpel:
Hansowi się nie poszczęściło.
Nie wykonał normy, nie nazbierał  200 kg mchu, dostał łopatą po twarzy i tyle go widzieli. 😐

[22:12] Ja:
W sensie, serio… chłop padł jak snop, bo nie zebrał trawy.
To brzmi jak alternatywna wersja „Screed Games”, tylko w radzieckiej reżyserii.

[22:13] Kumpel:
A ci ich strażnicy to już byli zupełnie z innego filmu.
Tacy, co jak widzą dziecko z bólem głowy, to pytają: „Masz papier na to?”

[22:14] Ja:
I nie zapomnij, że Janusz, jak wielu innych,  był zbyt żydowski dla Niemców, zbyt niemiecki dla Ruskich i zbyt bajkowy dla rzeczywistości.

[22:15] Kumpel:
Czyli idealny kandydat na łagiernika.
Zwłaszcza z doświadczeniem w podmianie tożsamości i znajomością Zorro, Żar Pticy i… barszczu z botwinki.

[22:16] Ja:
Ile oni razy unikli kostuchy tylko dzięki bajkom?!
Mama Janusza zmyślała legendy lepiej niż Tolkien, a Janusz opowiadał je Baby Jadze w zamian za zupę.
Bracia Grimm mogliby się od nich uczyć PR-u.

[22:17] Kumpel:
W sumie, Janusz i Leszek powinni  prowadzić kanał na YouTube pt. „Survival Storytime: Jak przeżyć łagier i nie zwariować”.

[22:18] Ja:
Albo TikToka: np
🎥 „Dzisiaj robimy walonki z futra Miszy – część 3: DIY edition.”
🎥 „Zupa z mchu, czyli komunistyczne Masterchef Kids”

[22:20] Ja:
I ta puenta, którą sobie zapisałem w zeszycie od polaka:
„Jak cię biją łopatą za nie zebranie trawy, to znaczy, że już jesteś w ZSRR.”

[22:21] Kumpel:
Amen.
I dziękujmy, że nasze największe zmartwienie to brak nuggetsa w szkolnej stołówce.

[22:31] Alex:
Bro, ja chyba dostałem historycznej niestrawności. 😵‍💫
Janusz opowiedział mi swoje dzieciństwo… i nie wiem, chyba mam alergię na historię i na szyszki.

[22:31] Kumpel:
😂 Szyszki”? 😬

[22:32] Alex:
Dokładnie. Janusz serio jadł szyszki.
SZYSZKI, kapujesz.
To nie jest nawet keto, to jest postapokaliptyczny weganizm.

[22:33] Kumpel:
XD może był influ na długo przed czasami TikToka.
Nowy trend: #foragedByForce

[22:34] Alex:
Nie, serio. Mówił, że widział Dziadka Mroza. Że modlił się do śnieżynki o kawałek chleba.
Brzmiało to jak baśń, tylko że przyniosła m tyfus, łopatę i walonki z futra Miszy.

[22:35] kumpel:
No i git. Zawsze mówiłem, że bajki są przereklamowane.
Chcesz Disneya, a dostajesz Stalina. 🎁

[22:36] Alex:
Gość mówił z takim spokojem, jakby opowiadał o wakacjach na Kaszubach.
„A potem mnie wywieźli… wagon bydlęcy, prycza, sople lodu do lizania…”
Miałem ochotę zawołać: STOP! I want to unsubscribe from this trauma!

[22:37] Kumpel:
A potem poszedłeś do domu, odpaliłeś Spotify i próbowałeś zabić gulag riffami Nirvany?

[22:37] Alex:
Close enough.
Walkman, kaseta Iron Maiden i pełny detox mentalny.
Ale i tak nie pomogło. Januszowa „zupa z mchu” wracała w refrenach.

[22:38] Kumpel:
Google’owałeś, przyznaj się.

[22:38] Alex:
No… tak.
I co znalazłem?
Prawda. Brutalna. Wikipedia nie kłamie.
To wszystko serio się wydarzyło.

[22:39] Kumpel:
A mówiłem, żebyś tego nie robił.
Historię najlepiej zostawić tam, gdzie jest – w przeszłości i w podręczniku, z którego nikt nie czyta. 😅

[22:40] Alex:
Ale nie mogę. Bo to nie był świstek papieru.
To był gość z krwi i kości, który do dziś je barszcz z wdzięczności.
Nie z wyboru. Z przyzwyczajenia.

[22:41] Kumpel:
Człowieku… ja od dziś nie narzekam na pizzę w stołówce.
I nawet zjem ten szpinak.

[22:41] Alex:
Amen.
A ja już nigdy nie powiem, że „nudzi mi się”.
Bo Janusz w łagrze miał rozrywkę w postaci głodu, zimna i kradzieży nocnika.

I  nie przyjechał do Kanady jak turysta, tylko dopłynął do niej przez pół świata — z Kałusza, przez Syberię, Kazachstan, Persję, potem Afrykę,  Anglię — niosąc w kieszeni całą tę bajkę, która była prawdziwa i dlatego bolała bardziej niż ząb

[22:42] Kumpel:
To co, kiedy odwiedziny u Janusza z notesem i dyktafonem?

[22:42] Alex:
Daj mi miesiąc terapii i dwa tygodnie przerwy od szyszek.
Potem może.

[22:43] Kumpel:
A na koniec cytat Janusza na tatuaż:
Karbałyk „Łagier dla wytrwałych” 😬🖤

HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY

[21:16] Ja:
Nie ściemniaj, stary. Karbałyk znowu full booked. 😏
Teraz na turnusie są dzieci z Ukrainy – wakacje u Putina, edycja „Słońce, gułag i rakieta“.
Hasło przewodnie: „Na wakacje – bez paszportu i z biletem w jedną stronę!“ 🎫🇷🇺🌨️

Tylko dekoracje nowe, mundury bardziej nowoczesne, a propaganda ma lepszy druk.

[21:17] Kumpel:
Czyli znowu ta sama bajka, tylko remake? 😐

[21:18] Ja:
Niestety tak.
Bo najgorsze bajki nie umierają.
One zmieniają flagę, hymn i nazwę „ośrodka opieki”.

[21:19] Ja:
Znowu dzieci wywożone są daleko od domu.
Znowu rozdzielane z rodzinami.
Znowu uczone, kogo mają kochać, jak mówić i kim mają przestać być.
Jakby dzieciństwo było plasteliną imperium.

[21:20] Kumpel:
Brzmi jak łagier w wersji XXI wiek.

[21:21] Ja:
Bo łagier to nie tylko druty i wieżyczki.
Łagier to pomysł, że dziecko można przepisać jak mieszkanie.
Że można mu zmienić język, pamięć, hymn i powiedzieć: „Od dziś jesteś nasze.”

[21:22] Ja:
A przecież dziecko nie ma paszportu ideologii.
Nie rodzi się ani do imperium, ani do propagandy.
Rodzi się do czułości, szkoły, śmiechu i prawa, żeby zasnąć bez strachu.

[21:23] Kumpel:
Czyli znowu dorośli robią wojnę, a rachunek wystawiają dzieciom.

[21:24] Ja:
Jak zawsze.
Tylko potem świat udaje zdziwienie, że historia wróciła.
A historia nie wraca.
To ludzie ją odpalają jeszcze raz, jakby poprzednia projekcja była za mało straszna.

[21:25] Ja:
Dlatego trzeba mówić głośno:
dzieci są od dzieciństwa, nie od wojny.
Nie od reedukacji.
Nie od apelu.
Nie od cudzej flagi.

 

DZIECI DZIADKA MROZA

Deportacje cywilów przez sowietów 1940. Źródło Arte TV

Autor Ewa Leśniewska

Przedmowa

Często pada pytanie, jak Polacy trafili na Syberię i do Afryki podczas II wojny światowej.
Krótka odpowiedź brzmi: na Syberię zostali deportowani z Polski przez Sowietów do obozów pracy.

Do Afryki przybyli z Syberii.

Po niemieckim ataku na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku polski rząd emigracyjny w Londynie zawarł ze Stalinem porozumienie. Na jego mocy wielu polskich deportowanych objęto amnestią, a generał Anders otrzymał zadanie utworzenia polskiej armii na ternenie Związku Radzieckiego.  Armię tę przeniesiono następnie do Iraku, aby chroniła tamtejsze pola naftowe, potem trafiła do Palestyny, a później do Włoch. Wielu cywilów mogło opuścić Związek Radziecki razem z tą armią.

Wielu z nich dotarło do Afryki przez Indie, a niektórzy przez Persję, czyli dzisiejszy Iran. Trafili do brytyjskich kolonii, takich jak Uganda, Kenia, Tanganika, Rodezja Północna, Rodezja Południowa i Republika Południowej Afryki.

Tam powstały polskie osiedla, które po zakończeniu II wojny światowej zostały zamknięte. Potem ludzie ci wyjechali do wielu krajów świata. Największe grupy zamieszkały później w Kanadzie, Anglii, USA i Nowej Zelandii. Część wróciła do Polski

Posłowie

Komunikat do Świata: Upomnijmy się o Dzieci z terenów wojennych

Ta najgorsza z bajek znów się wydarza. Nie w książkach, nie w starych fotografiach z czasów wojny – lecz tu i teraz, na naszych oczach.

Znowu dzieci są porywane.
Znowu wywożone daleko od domu.
Znowu muszą stać na apelu.
Znowu uczy się je „patriotyzmu“ zamiast dawać im edukację, bezpieczeństwo i czułość.
Znowu dzieci są traktowane nie jak ludzie, ale jak pionki w brutalnej grze dorosłych.

To nie bajka. To zbrodnia.

Dzieci na terenach wojny są uprowadzane, rozdzielane z rodzinami, osadzane w ośrodkach przypominających obozy.
Ich dzieciństwo zakute w mundur, ich głosy zagłuszone hasłami.

Upomnijmy się o nie.
Bo dzieci nie mają paszportów ideologii.
Bo dzieci nie są żołnierzami.
Bo każde dziecko ma prawo do miłości, edukacji i życia bez strachu.

Gdy milczymy – powtarzamy historię.
Gdy działamy – możemy ją zmienić.

Nie pozwólmy, by ta bajka znów miała tragiczne zakończenie.
Niech świat usłyszy:
Dzieci należą do dzieciństwa. Nie do wojny.

Książki o dzieciach Sybiru

Rok 2022.

Rozmowa oficerów rosyjskich w „ośrodku opieki”

– Ile dziś przyjechało?
– Sto trzydzieści cztery. Wszystkie z Donbasu. Część z sierocińca, część… po prostu „bezpańskie”.
– Dokumenty są?
– Jakie dokumenty, towarzyszu pułkowniku, przecież to dzieci, nie obywatele.
– Paszport będzie jak się nauczą hymnu i zapomną, że są z Ukrainy.

Dzieci uczą się nowych słów. Ojczyzna, Matka-Rosja.
Codziennie rano biją pokłony przed portretem  „cara samozwańca.”.
Ci, którzy płaczą – mają „czas na reedukację”.
A ci, którzy milczą – mają czas na „przemyślenie”.

Ci, którzy protestują – nie mają już „czasu na nic“

Bo łagier to nie jest miejsce.
To jest mentalność.
To ideologia z kolbą karabinu.
To państwo, które z dziecka robi obywatela cudzego imperium.

Dziecko ukraińskie uprowadzone do łagrów rosyjskich w lutym 2022 roku. Źródło, TVN24

Bajka, która miała zimne stopy, ale ciepłe serce

„Był sobie chłopiec… i przetrwał”. Chłopiec przeżył, bo wyplatał buty z kory i łowił wiewiórki.

Zbudował ziemiankę, która już dawno zniknęła. Ale gdzieś tam, na mapie z brzozowej kory, wciąż jest mała kropka z napisem:

 „Tu mały chłopiec przeżył najokrutniejszą z bajek. Bajkę o Dziadku Mrozie batjuszki Stalina.”

Dziś nikt już nie mówi „łagier“ szeptem. Dziś nie trzeba zasłaniać okien, żeby opowiedzieć bajkę o dwóch chłopcach, którzy szukali chleba, samowaru i odrobiny ciepła w krainie Dziadka Mroza.

Wyrośliśmy z walonek, ale nie z wyobraźni.

Bajki nie są tylko na Dobranoc. Pozwalają przetrwać.

Bo kiedy nic nie masz, kiedy śnieg staje się obiadem, a teatr z patyków twoim pałacem – wtedy właśnie bajka ratuje cię przed rzeczywistością.

I kto wie… może dziś też gdzieś tam jakiś chłopiec siedzi z bratem w zimnej ziemiance, lub na pustyni, śniąc o Mikołaju, Śnieżynce, o Aladdynie, albo o ciepłej herbacie i powrocie do domu.

Bajka się nie kończy, póki ktoś ją jeszcze opowiada.

A dopóki opowiadamy bajki, które były prawdziwe – pamięć nie zamarza

Rok 1940 Kałusz

Ma na imię Janusz, mieszkał w Kałuszu, powiat Stanisławie, dzisiejsza Ukraina.

Jak zaczęła się ta okrutna historia w 1940 roku, miał cztery lata i właściwie powinien martwić się tylko o to, czy mama pozwoli mu dłużej bawić się na podwórku. Niestety jego bajka potoczyła się trochę inaczej.

W normalnych bajkach pojawiają się rycerze, smoki i księżniczki lub czarownice.

W jego bajce pojawili się Sowieci, żołnierze w brudnych mundurach, którzy mówili, że przyszli go „ratować”. Ciekawe tylko, dlaczego ten ratunek polegał na zabieraniu ludzi do więzienia.

Najpierw zniknęli tatusiowie. Potem zaczęły znikać całe rodziny. A później pojawiło się słowo „Syberia”. Brzmi trochę jak nazwa jakiejś krainy z mapy przygód, prawda? W bajkach dzieci jadą saniami dla zabawy i na plac zabaw. Januszek zamiast placu zabaw miał Syberię Jechał zwierzęcym wagonem bardzo daleko i wcale nie dla zabawy, tylko właśnie tam, na Syberię. Krainę śniegu, głodu, długiej podróży i okrucieństwa.

Nowe słowa w jego słowniku to nie były „klocki” ani „cukierki”, tylko „łagier” i „zsyłka”.

 Czteroletni chłopiec powinien martwić się, czy znajdzie zabawkę. On martwił się, czy znajdzie tatę.

Dla takiego malca to wszystko wyglądało jak dziwna, zła bajka, której nie chciał nawet słuchać a co dopiero przeżyć.

Jeśli więc myślisz, że to będzie zwyczajna historia o dzieciństwie, to uprzedzam: to dzieciństwo było trochę inne. I właśnie o tej „bajce”, która wydarzyła się naprawdę, chcę ci opowiedzieć.  O najokrutniejszej z bajek na Syberii w Krainie Dziadka Mroza.

Krawe plamy obozów pracy, gułagów, kazamatów w Związku Radzieckim. 1940 rok. Źródło http://www.arte.tv

Dzieci Dziadka Mroza

Droga przez mękę

Łagier

Mały Wróg Wielkiego Narodu

Apel poranny

Wychowanie patriotyczne

Sielanka kulinarna

Ochronka, czyli żłobek bez duszy

Fabryka Aniołków

Abecadło gułagowe

Dobranocka

Wielkie Grzechy Małego Wroga

Droga przez mękę

Bajeczna wieś

Cisza przed burzą

Witamy w baraku

Myszka Miki Stepowa

Janusz i czterdziestu rozbójników

Uljana i Manka, Kury komsomolce

Państwo Patyczkowo-Komunistyczne

Wiewiórka arystokratka

Bimber  

Genosse Burak

List gończy za Jezusem

Księga Zakazów

Sało Misia Miszy

Wielka Ucieczka mostem łez.

Radio Wolna Wyobraźnia

Artyści Gułagu

Bajka, która była prawdziwa

Deportacje dzieci i rodzin przez sowietów na Syberię do obozów pracy, 1940 rok

Pewnie zapytacie też:

— Jak to się stało, że mały Januszek znalazł się tak daleko na północy, w krainie Dziadka Mroza? On sam wam o tym opowie.

To nie była wycieczka szkolna.

Ani wakacje.

Ani nawet bardzo dziwny obóz harcerski.

To była podróż, którą w 1940 roku odbyło bardzo wiele polskich rodzin.

Podróż w jedną stronę.

Na północny wschód.

17 września 1939

Wszystko zaczęło się trochę wcześniej.

17 września 1939 roku do Kałusza weszła Armia Czerwona.

Mówiono wtedy, że przyszli z pomocą.

Ale jakoś dziwnie ta pomoc wyglądała.

Najpierw zaczęli znikać ludzie.

Policjanci.

Urzędnicy.

Nauczyciele.

I ojcowie.

Mój tata był oficerem celnym.

Więc też zniknął.

Wiosną 1940 roku zabrali go.

A potem przyszli po nas.

Była trzecia nad ranem.

Nagle ktoś zaczął walić kolbami karabinów w drzwi.

Wpadli do środka żołnierze.

Karabiny. Czerwone opaski. I twarze, które nie wyglądały na szczególnie przyjazne.

Kazali nam stanąć pod ścianą. Potem zaczęli przeszukiwać dom. Zrywali ze ścian obrazy. Sprawdzali zegary. Zaglądali pod łóżka. Szukali złota,  i czegoś, co można zabrać.

Rewizja trwała kilka godzin.

Na końcu jeden z nich powiedział:

— Zbierać się.

— Macie godzinę.

Obietnica Raju

Oficer NKWD wyjaśnił nam wszystko.

— Rząd sowiecki przesiedla was w nowe miejsce.

— Tam spotkacie ojca.

— Dostaniecie dokumenty.

— I będziecie prowadzić spokojne życie obywateli Związku Radzieckiego.

Brzmiało to prawie jak reklama nowego osiedla.

Powiedzieli też, że możemy zabrać bagaż.

Sto kilogramów na osobę.

Szkoda tylko, że nikt nie powiedział,  że w wagonach nie ma miejsca na bagaż.

100 kg ważył nasz strach, którego niestety mogliśmy zostawić w domu z całą resztą wspomnień.

Na stacji

Transport w bydlęcych wagonach. Źródło http://www.arte.tv

Po kilku godzinach przyjechała ciężarówka.

Zabrano nas na stację.

Tam czekały wagony.

Bydlęce wagony.

Z zamkniętymi drzwiami.

I płaczem ludzi w środku.

Wepchnięto nas do jednego z nich.

Było tam już czterdzieści osób.

Z bagażami.

Dziećmi.

I strachem.

Pociąg jeszcze nie ruszał.

Stał trzy dni.

Bo ciągle przywożono nowych ludzi.

Wagon

W wagonie było ciasno.

Na środku stał mały piecyk.

A w podłodze była dziura.

To była ubikacja.

Największą radością było odkrycie tego piecyka.

Jeszcze większą — znalezienie tej dziury.

Bo człowiek w takich warunkach szybko zmienia zdanie o luksusie.

Wody prawie nie było.

Ludzie lizali oszronione gwoździe w ścianach, na których zbierał się lód.

Podróż do krainy Dziadka Mroza

W końcu pociąg ruszył.

Jechaliśmy długo. Bardzo długo.

Czasem dawano nam trochę chleba.

Czasem zupę.

Wody najczęściej nie było.

Więc topiliśmy śnieg.

Raz dziennie otwierano wagon.

Można było wyjść na chwilę.

Pod wagon.

Albo w zaspy śniegu.

Potem drzwi znowu się zamykały.

I jechaliśmy dalej.

W nieznane.

Straż czerwonogwardzistów przy transporcie dzieci na Syberię. Źródło http://www.arte.tv

Czasem wagon odwiedzał Dziadek Mróz.

Nie taki z bajki.

Ten prawdziwy.

Podchodził do wagonu nocą.

Zaglądał przez szczeliny między deskami.

I jednym oddechem zamieniał powietrze i pasażerów w lód.

Potem odchodził zadowolony ze swojego lodowego żniwa.

Po drugiej stronie Uralu

Po wielu tygodniach podróży pociąg zatrzymał się.

Byliśmy daleko.

Bardzo daleko.

Za Uralem.

W Kazachstanie.

Kiedy pociąg w końcu się zatrzymał, wszyscy myśleli, że podróż się skończyła.

Ale to był dopiero początek naszej męki.

Okazało się, że kraina Dziadka Mroza naprawdę istnieje.

Tylko prezenty wyglądały trochę inaczej niż w bajkach.

Zamiast zabawek były:

głód.

chłód.

wszy.

i zapalenie płuc.

Transport dzieci do „Krainy Dziadka Mroza”, na Syberię 1940. Źródło http://www.arte.tv

Niestety to była dalsza część tej bajki.

Bardzo zimnej bajki.

Ale takiej, której dzieci nigdy nie zapomniały.

Potem ciężarówkami zawieziono nas jeszcze dalej.

A na końcu kazano iść pieszo przez tajgę.

Śnieg był głęboki.

Mroźne objęcie Dziadka Mroza czuł każdy na gardle, w nogach, na nosie  Nasze palce Dziadek Mróz zamienił w sople lodu

Wszyscy szli jeden za drugim.

Czasem ktoś upadał.

I już nie wstawał, tylko zostawał na wieki w jego lodowym pałacu.

Łagier, nasz  „Pałac”

Na końcu drogi stało kilka baraków.

Z bali.

Bez wygód.

W jednym pomieszczeniu mieszkały cztery rodziny, pluskwy, szczury i mróz

Prycze z desek.

Na środku piecyk.

Tak zaczęło się nasze życie w pałacu, zwanym łagier, w krainie Dziadka Mroza.

Łagier. Źródło http://www.arte.tv

Mały Wróg Wielkiego Narodu

W ŁAGRZE

Barak numer siedem.

Mroźny poranek.

Ściany pokryte szronem jakby ktoś pomalował je lodem.

Prycze skrzypiały przy każdym ruchu, jak stare drzwi od trumny.

Z komendantury dobiegała muzyka.

Radio grało „Kalinkę”.

A w baraku grał:

kaszel,

kichanie,

i szuranie walonek bez podeszw.

Komendant powiedział, że łagier to wielki ośrodek wychowawczy.

Dla dzieci wrogów narodu.

Ale to był bardziej Kompleks Wychowawczo-Wyczerpujący „Zimny Start”.

Oddział specjalny. Obwód kustanajski. Rejon Karbałyk.

Tu zapewniano każdemu dziecku pełen pakiet atrakcji:

— dach nad głową z systemem naturalnej wentylacji (czyli dziurami),

— pobudkę o piątej rano, bez względu na pogodę,

— codzienną porcję gorącej propagandy,

— oraz wyjątkowe zajęcia z hartowania organizmu przy minus czterdziestu stopniach.

Dodatkowo w programie:

— lekcje cierpliwości przy pustej misce,

— kurs przetrwania w towarzystwie wszy i pluskiew,

— oraz obowiązkowe ćwiczenia z wiary w świetlaną przyszłość w Sojuzie Sowietskich Socjalisticzieskich Rjespublik.

A wszystko to…dla zapewnienia dzieciom szczęśliwego dzieciństwa z Towarzyszem Stalinem.

Pierwsze zebranie

Komendant zebrał wszystkich na placu.

Powiedział krótko:

— Tu was przywieźliśmy.

— Tu będziecie pracować.

— O Polsce zapomnijcie.

— Polska została zmazana z mapy świata.

— Tu będziecie żyć do śmierci. Czyli bardzo krótko.

Wszyscy milczeli.

Ale gdzieś w środku jeszcze tliła się nadzieja.

Bo nawet w najzimniejszej krainie czasem coś w człowieku nie chce zamarznąć.

Apel poranny

Strażnik ryczał

– Wstawaaać, robaczki! Niech każdy wróg narodu podziękuje dziś Partii za to, że jeszcze oddycha!
– Na trzy – okrzyk wdzięczności! Raz, dwa…

Dzieci zmarzniętym chórem wykrztusiły:

– DZIĘKUJEMY, TOWARZYSZU STALINIE, ZA NASZE SZCZĘŚLIWE DZIECIŃSTWOOOOO!

Maksym, lat 5  zaszeptał:
– A co to właściwie jest szczęśliwe dzieciństwo?

Mańka, lat 6 filozoficznie odpowiedziała:
– To wtedy, kiedy w zupie pływa coś, co nie jest patykiem, a przypomina mięso, na przykład ogon szczura.

Wychowanie patriotyczne

Opiekunka zimnokrwiście
– Dzisiaj lekcja plastyki. Temat: „Mój dom“.

Dziecko z zapałem rysuje gołym palcem na śniegu barak, wieżyczkę strażniczą i psa łańcuchowego:
– To mój domek!  A tu nasz strażnik – Towarzysz Czerony Nos!

Opiekunka z dumą:
– Pięknie oddany duch socjalistycznego realizmu! Jeszcze tylko popraw łeb psa  – za mało agresji.

Sielanka kulinarna

Menu w łagrze:
Dzień pierwszy: wrzątek z gałązką, jako nutą nadziei .
Dzień drugi: zupa z wczoraj z mchem.
Dzień trzeci: śnieg z posmakiem łoju i z szyszką

Dzień czwarty: wspomnienie obiadu z 1938 roku.

Dzień piąty: Zupa z wiór kory i  z nutą ironii

Dzień szosty:  Kompot z rozmoczonych liści brzozy.

Dzień siódmy: Post

Mała Lidka lat 7, liżąc oszronioną ścianę stwierdza jednoznacznie
– Mój lizak nie jest słodki. Smakuje raczej jak sól

Januszek patrząc w pustą menażkę wyjaśnia Lidce:
– To sól z naszego potu. Cukier tutaj to produkt mityczny.  To coś słodkiego może przynieść tylko nasz Święty Mikołaj, a nie ten ich Dziadek Mróz.

Hans wszedł triumfalnie z jakąś zdobyczą:
– Znalazłem i mam! Jedna obierka ziemniaka z wczorajszego wiadra!

Wszyscy krzyknęli zachwyceni:
– Będzie uczta!

Jedli obierkę jak wigilię i kolędowali szeptem. Bo w tej bajce Bóg słyszał sercem i nikt nie chciał iść do izolatki z powodu hałasu.

Ochronka, czyli żłobek bez duszy

Dzieci wrogów narodu nie potrzebują miłości. Potrzebują dyscypliny! Dlatego też karmienie dzieci i niemowlaków odbywało się bez dotyku, bez mówienia i bez… matki.

Strażniczka na odprawie pouczała:
– Towarzyszki! Żadnych śpiewów przy karmieniu! Żadnych uśmiechów! Chcecie, żeby wyrosły nam tu sentymentalne jednostki? Niech leżą i patrzą w sufit. Będzie im łatwiej umierać.

Fabryka Aniołków

Stasia ,lat 3, patrząc na zimną, śpiącą koleżankę zapytała:
– Dlaczego Zosia nie wstaje?

Opiekunka:
– Bo aniołki śpią bardzo głęboko i długo. Do wiosny, aż ziemia odtaje.

Stasia cichutko i szeptem:
– A mogę też tak zasnąć?

Opiekunka z uśmiechem:
– Pewnie. Już niedługo wszystkie w naszym ośrodku tak zaśniecie.

Abecadło Gułagowe

Nauczyciel w Ochronce uczy rosyjskiego:
– Dzieci, dziś nauczymy się alfabetu!
A jak… Aresztowanie, odparł Leszek
B jak… Barak, krzyknął dumny Januszek
W jak…Wagonbydlęcykrzyknęła Lidka

G jak ….Gułag, szepnął Hans

D jak…Djed Maroz ucieszyła się Stasia,
E jak… Egzekucja.. Dawid dostał za to groźbę dwóch dni izolatki, bo nie E tylko JE powinien wymówić.

E jak…. JEm szyszkę, natychmiast skorygował Leszek.

C jak… Czerwona gwiazda, i choć wymowa nieprawilna, to Leszka nie ukarali.
Mańka:
– A „M” to jak mama, albo jak miłość?

Nauczyciel:
– Nie! „M” jak Moroz !

I tak wielkodusznie batjuszka Stalin edukował nas, dzieci wroga.

Codzienność w łagierze. Źródło http://www.arte.tv

Dobranocka

Leszek opowiadał Januszkowi szeptem:
– „I wtedy Staś i Nel ruszyli na wielbłądach…”

Januszek:
– Wielbłąd? A co to?

Leszek:
– Zwierzę, które nie musi pić przez miesiące.

Januszek:
– I go nie deportowali? To taki wygodny więzień!

Wielkie Grzechy Małego Wroga

Drogi Towarzyszu Stalinie,

Wczoraj udało nam się znaleźć pół suchego buraka.

Dzisiaj dzieci nie biją się o mydło, bo mydła nie ma.

Mam nową czapkę z gazety „Prawda”.

Uczyliśmy się patriotycznej piosenki – „Ojczyzno moja, ty jesteś jak zupa z kory”.

Dziękuję za tą edukację.

Wasz wierny, mały wróg – Januszek

Program rozrywkowy łagru

Zimą mieliśmy dużo materiału do zabawy.Bo na Syberii śniegu nigdy nie brakowało.

A skoro był śnieg — były też bałwany.Tylko że one były nieco inne.

Najczęstszy i największy bałwan , to był komendant.

Miał wielkie wąsy z mchu.
Na czapce gwiazdę z czerwonej kory.
A w ustach fajkę z gałązki.

Leszek zawsze mówił, że szczegóły są ważne.Czasem więc ktoś dodawał jeszcze jeden szczegół. Kij.

Wtedy strażnicy wybuchali śmiechem.

— Rjebjonnyje szutki… — mruczał komendant, kiedy zobaczył swoje śnieżne podobieństwo.

I wracał do chaty, udając, że nic nie widzi.

Dla dzieci była to tylko zabawa.

Ale niektórzy dorośli mówili później, że to było coś więcej.

Bo kiedy nie można mówić głośno…czasem najwięcej mówi bałwan ze śniegu.

Rano komendant przeczytał jakieś ogłoszenie, jakby zapowiadał festyn.

— Dzisiaj w planie: rozkułaczanie ręczne, konkurs na najdłużej trzymającego łopatę i pokaz mody „Zima 1941”. Temat przewodni: worek po kartoflach.

Strażnicy zarechotali. Dzieci nie bardzo wiedziały, gdzie tu jest żart.

Podniosłem rękę.

— A będzie może karuzela?

— Oczywiście — mruknął strażnik. — Karuzela głodu i chłodu. Rusza jutro rano.

Komendant poprawił pas.

— A jak przyjedzie ten twój święty Mikołaj, to niech ci przywiezie łopatę.

— Do kopania ziemianków?

Komendant pokręcił głową.

— Nie, durak. Do kopania własnego grobu.

Januszek długo o tym myślał.

Potem przykrył się łachmanem i szeptał do Świetego Mikołaja:

— Przyjedź szybko. Bo tutaj zabawy kończą się bardzo groźnie, a marzenia zamarzają szybciej niż woda w menażce.

List do Mikołaja z łagru

Januszek długo nie spał. Mróz wchodził przez szpary w baraku jak nieproszony gość. Leszek już chrapał cicho, a gdzieś w kącie ktoś kaszlał tak, jakby próbował wykaszleć całe swoje życie.

Januszek szeptał dalej:

— Drogi Mikołaju. Tak  łatwo tu możesz przyjechać na sankach, bo przecież tu wszędzie jest śnieg.

Chwilę pomyślał.

— I nie musisz brać prezentów dla Komendanta. On w ciebie nie wierzy.

Przewrócił się na bok.

— Dla nas możesz przywieźć tylko  Chleb, ciepłe buty i naszego tatę.

Leszek otworzył jedno oko.

— Głupi jesteś — mruknął półprzytomnie. — Mikołaj tu nie przyjedzie. Nie ma przepustki od NKWD.

Januszek zamyślił się poważnie.

— To może przyjedzie przebrany?

— Za kogo?

— Za batjuszkę Stalina.

Leszek parsknął śmiechem.

— Stalin jako Świety Mikołaj? To najlepsza bajka, jaką słyszałem.

Po chwili Leszek dodał ciszej:

— Ale wiesz… gdyby naprawdę przyjechał, to niech przywiezie jeszcze jedną rzecz.

— Jaką?

— Wiosnę.

Januszek  szepnął— Mikołaju. Przywieź też wiosnę. Bo tutaj zima chyba zapomniała, że powinna kiedyś się skończyć.

Nagle rozległ się krzyk strażnika.

— Cisza w baraku!

Dzieci natychmiast zamilkły, ale Januszek jeszcze przez chwilę szeptał do poduszki z trocin.

— Przyjedź szybko. Bo jak się spóźnisz… to już nie będzie komu dawać prezentów.

Stołówka pięciu gwiazdek Gułagu

Rano sołdat kopnął w drzwi baraku.

— Podjom! Restauracja już otwarta!

Dzieci ustawiły się z menażkami, jakby naprawdę szły do eleganckiej stołówki.

Leszek spojrzał do środka swojej miski.

— Co dziś serwują?

Januszek zajrzał przez ramię.

— Zupa dnia.

— A z czego?

— Z wody.

Kucharz zamieszał wielką chochlą w kotle.

— Ciszej tam! To nie zwykła woda. To kipiatok.

— Czyli wrzątek? — spytał Januszek.

— Tak. Z aromatem… śniegu.

Leszek powąchał.

— A deser?

Kucharz pomyślał chwilę.

— Jak ktoś znajdzie w misce kawałek zboża, to może go zjeść dwa razy. Jako danie główne i deser

Stojący za  nimi Aron  patrzył do swojej pustej miski.

Leszek nachylił się do niego.

— Wiesz, w prawdziwych restauracjach są gwiazdki. I tu też są.

— Ile tu ich jest? — zapytał Aron.

Leszek wskazał sufit baraku.

— Tyle, ile dziur w dachu. W nocy widać przez nie wszystkie gwiazdy.

Aron uśmiechnął się pierwszy raz od wielu dni.

Kucharz nalał im po chochli.

— Następny!

Januszek dmuchnął w menażkę.

— Leszek…

— Co?

— Myślisz, że kiedyś zjemy prawdziwy obiad?

Leszek wzruszył ramionami.

— Jasne.

— Jaki?

— Taki, po którym nie trzeba będzie udawać, że jesteśmy już najedzeni.

Było ciężko, ale Januszek się nie poddawał. Każdego dnia zaklinał też Śnieżynkę.

—Wyczaruj mi bochenek chleba! Albo choćby kromkę… Albo okruszek!

Czasem rzeczywiście coś przyniosła. Najczęściej była to szyszka lub łój z wczoraj.

— Jednak! Ona czyni cuda! — cieszył się Januszek.

— Ten twój cud, to zupa z podeszwy! — sprostował Leszek.

— I to nasza woda z naszego buta i kawałek mchu, a nie cud…

Jak chcesz cudu, to poproś Jezusa, żeby ci wyczarował chleb, zaproponował Leszek.

– Nieprawda, nie wyczaruje, bo ten Jezus tylko rozmnażył chleb, mówiła mama,- a u nas nie miałby nic do rozmnażania- odpar Janusyek ye yami w oczach.

Jak budowaliśmy socjalistyczny raj

Wywieźli nas też, nie wiem dlaczego i za co, na jakiś czas do  krainy tajgi, śniegu i komarów wielkości wróbli i kazano nam… budować kolonię. Gdzieś w Bjeriegajewo, Nowosybirskaja obłaść,Tekuldeckij rajon.

Najpierw kolonię.

Bo władza była bardzo troskliwa.

Najpierw trzeba było zbudować domy dla władzy.

A dopiero potem baraki dla nas.

Taka była kolejność w planie pięcioletnim.

Logika była prosta:  najpierw mieszka kierownik, potem jego pies, a na końcu — my, pracujący.

Hotel Tajga International

Prycze w barakach obozowych. Źródło http://www.arte.tv

W tajdze nasze baraki były nowocześniejsze.

Długie na trzydzieści, czasem pięćdziesiąt metrów.

Po obu stronach stały prycze.

Podwójne.

Czasem potrójne.

Zrobione z desek ociosanych tylko z jednej strony.

Ta ociosana była oczywiście dla bardziej wymagających pleców.

Na środku stał piec.

Zrobiony z beczki po paliwie.

Z dziurą na rurę.

Rura wychodziła przez dach i udawała komin.

Piec opalano drewnem.

Teoretycznie miał ogrzewać cały barak.

W praktyce ogrzewał głównie siebie.

Reszta mieszkańców mogła podziwiać zimę od środka.

Pościeli nie było.

Koców też nie.

Ale za to człowiek szybko uczył się spać w trybie oszczędnościowym.

Najlepiej przytulony do sąsiada.

Projekt Wielka Kolej

Budowa kolei. Wyrąb drzewa pod tory kolejowe. Źródło http://www.arte.tv

Niedługo potem zaczęła się prawdziwa przygoda.

Budowa kolei.

Takiej, która miała przeciąć krainę Dziadka Mroza  od Uchty aż do Workuty.

Plan był prosty. To plan dla dorosłych. My dzieci do ochronki, dorośli do pracy. Od 12 lat już byliśmy dorośli

Najpierw  wycina się las.

Potem wyrównuje teren.

Jeśli jest bagno — usuwa się ziemię aż do wiecznej zmarzliny.

Jeśli jest góra — wysadza się ją dynamitem.

Jeśli jest rzeka — buduje się most.

A jeśli jest człowiek…to wysyła się go do pracy.

Warunki pracy

Mróz minus czterdzieści stopni.

Śnieg po kolana.

Wiatr, który potrafił przeciąć twarz jak brzytwa.

Ale praca musiała iść.

Polscy jeńcy — wielu jeszcze w polskich mundurach — dźwigali szyny kolejowe.

Zamarznięte szyny.

Często gołymi rękami.

Metal przyklejał się do skóry.

A kiedy ktoś próbował podłożyć kawałek kory albo gałązkę, żeby chronić dłonie, dostawał karę.

Bo regulamin był jasny:pracować należy,  ale chronić się przed zimnem — już niekoniecznie.

Rezultaty

Po kilku tygodniach wielu nie miało już czucia w dłoniach.

Albo w nogach.

Niektórzy tracili uszy.

Inni nosy.

Lekarzy prawie nie było.

Higiena była luksusem.

Więc wielu po prostu umierało.

Na ich miejsce przywożono następnych.

System działał.

Jak dobrze naoliwiona maszyna.

Maszyna, która zamiast paliwa używała ludzi.

I tak właśnie powstawała wielka sowiecka kolej.

Z torów.

Z drewna.

Z żelaza.

I z ludzkiego cierpienia.

A tajga i Dzadek Mróz ze Śnieżynką patrzyli na to wszystko z zachwytem.

Mmieli nas w tajdze za drzewo, które ktoś właśnie postanowił ściąć.

Praca w lesie. Źródło http://www.arte.tv

Szkoła i inne atrakcje wychowawcze

Latem życie w naszej kolonii robiło się bardzo intensywne.

Dzieci chodziły do szkoły.

Tak, tak — szkoła była.

Związek Radziecki bardzo dbał o edukację młodego pokolenia.

Program dnia wyglądał mniej więcej tak:

rano lekcje,

po południu wyrąb lasu.

Drzewa były ogromne.

Takie, które pamiętały jeszcze cara.

Ale program wychowawczy był jasny:

jeśli drzewo stoi — trzeba je ściąć.

Dorośli pracowali przy wyrębie.

Oni ścinali drzewa, a drzewa powoli ścinały ich.

Dzieci ciągnęły gałęzie na skarpę, a potem gałęzie ciągnęły dzieci.

Choroby tajgi, czyli prezenty Dziadka Mroza

W tajdze choroby  były inne.
Jakby i one zdziczały razem z lasem.
Mieliśmy choroby zwierzęce, chociaż zwierząt było mało.
Mama mówiła, że mało, bo strażnicy zjedli prawie wszystko, co biegało, fruwało i dawało się ugotować.
Zostały po nich tylko choroby.
Najpierw była kurza ślepota.
To znaczy, że wieczorem świat nagle znikał.
Jeszcze przed chwilą było widać drogę, ludzi, drzewa, a potem już nic.
Tylko ciemność.
Ciemność taka gęsta, jakby ktoś wylał noc prosto do oczu.

— To jeszcze nic. Ja mam już kurze łapki, kurze oko i chyba nawet kurzą klatkę — chwalił się Aron.
Wszyscy się śmiali.
W tajdze ludzie często śmiali się z rzeczy, które wcale nie były śmieszne.
Może dlatego, żeby nie było słychać strachu.

—Na szczęście nie zamieniłeś się całkiem w kurę i nie zniosłeś jajka, bo komendant by je zjadł, a ciebie do kurnika wsadził.
Aron zaśmiał się głośno, ale śmiech szybko zamienił się w kaszel, bo tu  nawet śmiech był chory.

Mówili też, że Hans ma wilczy toczeń i wilczy głód, choć wilków już nie było, bo strażnicy je wybili i zjedli.
Ale Wilczy głód został..
To była choroba, którą mieli wszyscy.
Brzuch bolał od niej jak od kamieni.
Człowiek myślał o jedzeniu bez przerwy.
Śnił o nim.
Wąchał je, nawet kiedy go nie było.
Patrzył na cudzy kawałek chleba, jakby to było coś świętego.

— Wilczy głód? To akurat mamy wszyscy — powiedział Leszek.
I nikt się z nim nie kłócił.
Bo głód w obozie był jak mróz.
Przychodził do każdego.
Tylko do każdego trochę inaczej.

Mała Lidka urodziła się z zajęczą wargą.
Nie wiedziałem wtedy, co to znaczy.
Patrzyłem tylko na jej buzię i myślałem, że zając musiał ją ugryźć.
Była cichutka i drobna, jakby czyła się winna, że istniej.
W tajdze nawet dzieci rodziły się z poczuciem winy.

A o Stasi mówili, że ma skórę jak ryba.
Mama mówiła na to rybia łuska..
Ale Stasia wcale nie umiała pływać.
I nie pachniała rzeką, tylko dymem i zimnem jak wszyscy.
Jej skóra była sucha, szorstka i popękana, jakby też chciała odejść od ciała, bo już nie miała siły na ten głód.

Ale nie zamieniła się w rybę, choć czekała aż jej płetwy urosną, żeby odpłynąć daleko od obozu.

Ja, jak wszyscy miałem gęsią skórkę i chciałem zamienić się w gęś, żeby odfrunąc do domu.
W baraku każdy miał gęsią skórkę.
Z zimna, ze strachu, z gorączki, z głodu.
Ale nikt nie został gęsią, choć komendant narzekał, że za dużo gdakamy.

Nie mieliśmy ani piór, ani tłuszczu jak tłusta gęś.
Po gęsi została tylko sama gęsia skórka.

Był jeden więzień z nogą grubą jak pień drzewa.
Nie mogłem przestać się na nią patrzeć.
Wyglądała, jakby nie należała do niego, tylko do lasu.
Mama powiedziała cicho, że to słoniowacizna.
Zdziwiłem się.
Tu nie było słoni, one były tylko w bajce o Stasiu i Nel.
Leszek przekonywał mnie, że sowieci nie mogli deportować słonia z dżungli, więc deportowali jego chorobę.

Niektóry miel na nogach i twarzach cienkie czerwone żyłki, jakby ktoś rysował im pod skórą pajęczynę.
Zastanawiałem się, dlaczego te pajęczaki wybrały sobie jako siedlisko nas chudzielców.

Może dlatego, że nie miały gdzie iść, bo w barakach już wszystko do kogoś należało: wszy do włosów, pluskwy do łóżek, karaluchy do kucharza, meszki do ptaków. Nawet kaszel do dzieci,  ból do kości, a głód do wszystkich.

Najgorsza była ta kurza ślepota.
Wieczorem wracaliśmy z lasu i droga nagle znikła.
Drzewa stanęły wokół nas jak czarne ściany.
Krążyliśmy między nimi bardzo długo.
Myślałem, że las nas pomylił z kimś innym i już nie chce oddać.
Było zimno.
Coraz zimniej.
Buty miały w sobie śnieg.
Ręce bolały.
Noc była wielka, a my mali.

Dobrze, że nie zamarzliśmy.
Dorośli potem śmiali się gorzko, że gdybyśmy zamarzli, brygadzista miałby kłopot z papierami.
Bo w kraju batiuszki Stalina chorób i głodu przecież miało nie być.
Przez tą kurzą ślepotę bałem się wieczora.
Bałem się chwili, kiedy świat gasł nie tylko na niebie, tale i we mnie.
Przyciskałem się wtedy do mamy mocno, żeby nie zgubić jej ręki.
Bo jak nie widać drogi, to człowiek najbardziej boi się zgubić drugiego człowieka.

Potem przyszła cynga.
To słowo brzmiało jak karabin wartownika.
Jakby było z metalu i zimna.
Najpierw dziąsła zaczęły boleć.
Potem krwawić.
Smak krwi był metaliczny i straszny, bo człowiek czuł, że jego własne ciało zjada samo siebie.
Na plecach pojawiły się rany.
Skóra robiła się słaba.
Ciało nie umiało się już bronić.

Wtedy mama gotowała łupiny z kartofli, ości z ryb, zupę z liści i piłem zamrożony sok z kory brzozowej.  Ta sopla lodu brzozowego smakowała jak lizak .

No i zywica. Żułem ją długo i uparcie, chociaż kleiła się do bolących dziąseł..
To była nasza wersja witamin..

Na szczęście nikt nie doniósł na tajgę do komendanta, że nas karmi i obdarowuje vitaminami.

W obozie niedożywienie nie wyglądało jak jedno słowo.
Wyglądało jak twarze.
Jak zbyt wielkie oczy.
Jak brzuchy wydęte z głodu i ręce cienkie jak patyki.
Jak dzieci, które nie miały siły biegać.
Jak rany, które nie chciały się goić.
Jak włosy zostające na poduszce.
Jak nogi miękkie i słabe.
Jak człowiek, który wstaje i zaraz musi usiąść, bo świat kołysze mu się przed oczami.

Mama mówiła,  że to głód nas zarażał, a nie zwierzęta..
To ponoć z niego przychodziła ślepota, krwawiące dziąsła, skóra sucha jak kora, obrzęki, zawroty głowy, osłabienie.
Głód wchodził do środka i po trochu zabierał człowieka.
Najpierw siłę.
Potem zdrowie.
Potem cierpliwość.
Potem nadzieję.

A jednak ludzie trzymali się życia dziwnie mocno.
Mama szukała, co można ugotować.
Ktoś inny radził, co żuć na dziąsła.
Ktoś dzielił się kawałkiem cebuli, jeśli miał.
Ktoś pamiętał, że sok z brzozy pomaga.
Ktoś gotował zioła.
Ktoś śmiał się z własnej choroby, żeby ona nie śmiała się z niego pierwsza.

Menu tajgi, czyli prezenty Dziadka Mroza. Stoliczku nakryj się.

W tajdze jedzenie było inne niż wszędzie.
Nie takie jak w domu, nie takie jak w bajkach, nie takie, o jakim mówi się przy stole.
Tutaj jedzenie nie pachniało obiadem.
Pachniało lasem, dymem, korą i ziemią.

Tajga, to była kraina obfitości.

Ja dostawałem wodę i kawałek chleba.
Nieduży.
Mama mówiła, że trzeba jeść powoli, jakby od wolnego jedzenia robiło się go więcej.
Dorośli, którzy pracowali, dostawali więcej.
Pół kilo.
Myślałem, że to bardzo dużo.
Ale jak patrzyłem na ich twarze, to wcale nie wyglądało na dużo.

Chleb był czarny.
Czarniejszy niż noc w baraku.
Mama mówiła, że z piołunu.
Był gorzki tak bardzo, jakby ktoś upiekł samą biedę.
Krzywiłem się przy każdym gryzie, ale i tak zjadałem wszystko.
Tutaj nie zostawiało się okruszków.
Okruszki były ważniejsze niż słowa.

Zimą było najgorzej.
Śnieg leżał wszędzie i wszystko wyglądało, jakby umarło.
Wtedy chleb bywał nie z piołunu, tylko z kory.
Na deser jadło się szyszki.
Nie całe, tylko to, co dało się z nich wydłubać, wyskrobać, wygotować.
Była też owsianka z nasion, gotowana na wodzie ze śniegu.
Dla mnie to nie była owsianka.
To była ciepła woda, która tylko udawała jedzenie.

Korzonki roślin nie podejrzewały, że będą w naszym jadłospisie.
Nie chowały się przed nami, a Mama wyciągała je z ziemi ostrożnie, jakby to były skarby.
Korzonki były małe, chude i twarde, tak jak my.
Żuło się je długo.
Jakby trzeba było najpierw przekonać usta, że to naprawdę jest do jedzenia.

Wiosną tajga robiła się miększa.
Ziemia puszczała mróz i zaczynało z niej coś wychodzić.
Nie tylko trawa i listki, ale też nasz jadłospis.
Mama gotowała zieloną zupę z tego, co znalazła: z pokrzyw, lebiodki, czosnku niedźwiedziego, z młodych liści malin.
Patrzyłem do garnka i wszystko było zielone.
Tak zielone, jakby las wpadł do środka.

Czasem ziemia częstowała nas dżdżownicami i  całą gamą ziemskich żyjątek.
Wszelkie, jakie dało się znaleźć pod grudą ziemi, pod korzeniem, w mokrej trawie trafiały do naszej menażki.
Ptaki nie mogły nam tego wybaczyć i może dlatego odfruwały na zimę.
Ale nikt w tajdze nie stał się ptakiem, choć każdy z nas marzył, żeby stąd z nimi odfrunąć..
Żal mi było ptaków, ale jeszcze bardziej mojego burczenia w brzuchu.

Lato było jak święto.
Nagle las stawał się hojny.
Były borówki.
Maliny.
Moroszki.
Grzyby.
Jagody farbowały palce i język.
Maliny pachniały tak mocno, że przez chwilę można było zapomnieć, gdzie się jest.
W takie dni wydawało mi się, że tajgę wyczarował dla nas Dziadek Mróz i zrobił z niej krainę miodem i wodą płynącą, żebyśmy go sławili.

Musiał zaczarować też brzozy, bo one też nas karmiły. Mama spuszczała sok z brzozy,
który płynął po rurkach z suchej trzciny prosto do naszego brzuszka.
Sok kapał po trochu, cierpliwie, jakby brzoza dzieliła się z nami tym, co ma najlepszego i najzdrowszego
Dziadek Mróz chyba zaczarował brzozę w lekarza, bo leczyła naszą kurzą ślepotę.

Deser też był niezwykły.

I żywica i miód z woskiem.
Żywica pachniała sosną i lasem.
Żuło się ją długo, a ona sklejała zęby i oszukiwała głód.
Była jak cukierek wymyślony i podarowany  przez drzewa.
Pszczoły, to zaczarowane kucharki, bo karmiły nas miodem i woskiem?
W tajdze nic się nie marnowało.
Gdyby komendant odkrył tajemnicę zaczarowanej tajgi, pewnie by aresztował drzewa,  zamknął  pszczoły w izolatce, robaki zaprzągł do karczowania lasów.

To był naprawdę zaczarowany jadłospis leśny, jak stoliczku nakryj się.
Korę, szyszki, nasiona, liście, korzonki, żywica, jagody, grzyby, sok z brzozy, robaki i dżdżownice.
Jakbyśmy jedli po trochu cały świat dookoła.
Trochę drzewa.
Trochę ziemi.
Trochę trawy.
Trochę owadów.
Trochę nadziei.
I tak przeżyliśmy jeden dzień, a potem jeszcze jeden i następny.

Kiedy zaczynały się żniwa, to  był dla nas czas obfitości.
To było nasze polowanie.
Nie na zwierzęta, tylko na kłosy.
Zbieraliśmy to, co spadło po żniwiarzach.
Każdy kłos świecił jak złoto.

Tylko komendant ciągle nas przeganiał.
Przyjeżdżał konno i krzyczał, a czasem tłumaczył batem, że nie wolno ruszać dobra narodu sowieckiego.
Nie rozumiałem, tego,  ale w tajdze pytania też zamarzały.

Patrzyłem jak czasem mama płakała,
tak cicho.
I to chyba było najstraszniejsze.
Bo w tajdze człowiek uczył się, że czasem nawet płacz trzeba oszczędzać.

Zaczarowane słowa Dziadka Mroza. Trudodnie.

Z czasem wprowadzono nowy system.

Trzeba było wyrobić określoną normę pracy.

Czasem kilka dni pracy dawało jeden trudodzień.

Tylko w bajkach może się to zdarzyć.

Za jeden trudodzień dostawało się około dwadzieścia dekagramów zboża.

Pszenicę gotowaliśmy.

Albo jedliśmy surową.

I dalej byliśmy głodni.

Luksusowa łaźnia

Dwa razy w tygodniu można było iść do bani.

Czyli łaźni.

Za opłatą.

To był prawdziwy luksus.

Ale na ogół mogliśmy się wykąpać tylko wtedy,gdy ktoś podgrzał wodę nad ogniskiem,  i gdy wartownik był w dobrym humorze.

Przy ognisku. Ciepła woda do picia i mycia. Źródło http://www.arte.tv

Poczta

W obozie była też skrzynka pocztowa.

Więźniowie mogli ponoć raz w miesiącu napisać list.

Tylko że najpierw list czytała cenzura.

A potem często wyrzucała go do kosza.

Czyli list teoretycznie istniał.

Tylko praktycznie nigdzie nie dochodził.

Komendant tłumaczył, że listy i tak nie dochodząg bo ołębie odleciały, ale ja byłem pewny, że on wszystkie gołębie  ugotował z zupie.

Januszek, jako gołąb pocztowy

Czasem listy z przychodziły na adres  dzieci.

Nam wolno było dostawać pocztę, bo nie umieliśmy czytać.

Więc bawiłem się w gołebia pocztowego i nosiliłem listy z ochronki do obozu.

Czasem też papierosy.

Albo lekarstwa.

Bo w tym dziwnym świecie dziecko mogło być listonoszem, przemytnikiem, ale nie mogło być dzieckiem.

W naszej kolonii każdy miał jakieś zajęcie.

Dorośli pracowali w lesie.

Niektórzy przy drogach.

Inni przy sianokosach.

Przy sianokosach. Żródło http://www.arte.tv

A ja… zostałem listonoszem.

List jeszcze można było włożyć za koszulę.

Ale paczki ważyły.

Nieraz pięć kilogramów.

Dla dorosłego to nic, ale dla pięcioletniej chudziny — prawie jak noszenie całej tajgi na plecach.

Nie chciałem ich rozpakowywać.

Bo ktoś mógłby pomyśleć, że coś z nich ukradłem.

Więc taszczyłem je całe.

Przez śnieg.

Przez las.

Przez zaspy wyższe ode mnie.

Latem było łatwiej.

Zimą — to była praca na miarę Syzyfa, zwłaszcza, że nie miałem skrzydeł gołębia pocztowego.

Pewnego dnia prawie wpadłem.

Jechał konno strażnik.

A ja miałem przy sobie: sto pięćdziesiąt listów,kilka paczek papierosów,bandaże,tabletki chininy i aspiryny,i słoiczek kisielu dla chorego więźnia.

Wskoczyłem w śnieg i  zakopałem wszystko.

A potem dla zmylenia ruszyłem dalej w las.

Strażnik dopadł mnie po chwili, przeszukał dokładnie.

Ale nic nie znalazł.

W końcu machnął ręką, nakrzyczał, dał kopniaka no batem wytłumaczył, że jestem szarańczą imperialistyczną. Potem zagroził, że następnym razem mnie zastrzeli.

Tak wyglądała rozmowa wychowawcza w tajdze.

Praca mamy

Mama pracowała prawie wszędzie.

Przy budowie dróg.

Przy sianokosach.

Na leśnych polanach.

Komary i meszki miały tam swoje wielkie święto.

Jej ubrania nie bardzo nadawały się do takiej pracy.

Ale w tajdze moda nie była najważniejsza.

Potem mama pracowała w kołchozie.

Przy żniwach.

Przy wyrębie lasu.

Przy wypalaniu cegieł.

A nawet przy wypalaniu wapna.

Tak wyglądała codzienna gimnastyka w socjalizmie.

Najgorsza była  praca przy budowie drogi.
Codziennie rano szła do lasu razem z innymi.

To nie była zwyczajna droga.
Nie budowali jej silni ludzie z maszynami.
Budowali ją głodni i chorzy więźniowie.
Tak jak moja mama.

Pracowali w śniegu i mrozie.
Kopali ziemię, nosili kamienie i drewno.
Ubijali drogę łopatami.
Ale ziemia była twarda jak kamień i zamarznięta na kość.

Ludzie mówili o tej drodze: droga na kościach.

Ci, którzy nie wrócili po pracy,  zostawali tam, gdzie upadli.
płytko obok drogi,  a czasem pod nią.

Ta droga nie była z kamieni.
Była zrobiona też z bólu.
Z głodu.
Z łez.
Z ludzkiego cierpienia.

Dlatego nazwali ją drogą na kościach.
Bo pod śniegiem i ziemią zostali ci, którzy już nie mogli iść dalej.

Sielanka  w baraku

W baraku nie było nudno.

Mieszkaliśmy razem z armią pluskiew i  wszystkie owady miały świetne warunki mieszkaniowe.

Moda syberyjska

Najpierw nosiłem łapcie z lipowego łyka.

Potem awansowałem i dostałem buty zrobione z opon samochodowych.

Do tego watowane skarpety.

Był to prawdziwy luksus.

Cmentarze

Codzienny pochówek po ciężkiej pracy. Źródło http://www.arte.tv

Rodziny robiły się coraz mniejsze,  za to cmentarze rosły bardzo szybko.

Wielka ucieczka

Pewnego dnia postanowiliśmy uciec.

Leszek był pomysłodawcą.

Plan był prosty:

idziemy na południe.

Przez tajgę.

Po drodze jemy jagody.

I grzyby.

Tylko że teoria wyglądała lepiej niż praktyka.

Jagody nie wystarczały.

Surowe grzyby też nie.

A tajga była ogromna.

Więc po kilku dniach wróciliśmy.

Bo nawet najlepszy plan ucieczki przegrywa z głodem i z lasem, który nie ma końca.

Baba Jaga z komendantury w Karbałyku

Potem znowu byliśmy w obozie w Karbałyku, w Kazachstanie.
To było smutne miejsce.
Pełne zimna, głodu i strachu.

Mieszkała tam też Baba Jaga.
Naprawdę nie miała tak na imię.
Oficjalnie była żoną komendanta.
Ale dzieci mówiły na nią: kostucha, kostiana noga.
Bo kiedy kogoś kopnęła, to czasem drugi raz już nie trzeba było.

Chodziła między barakami powoli.
Jakby wszystkiego pilnowała.
Patrzyła, czy ktoś nie ma za dużo jedzenia.
Czy ktoś się nie uśmiecha.
Czy komuś nie jest przypadkiem za dobrze.

Zapytałem ją czy wierzy w Śnieżynkę i Dziadka Mroza?

Baba Jaga spojrzała na mnie spod bardzo groźnych brwi.
— Ja wierzę tylko w dwie rzeczy — warknęła.
— W towarzysza Stalina i w zagęszczone mleko z magazynu.

Potem odwróciła się i poszła do komendantury, niosąc w ręce naszą porcję ziemniaków.

Leszek mruknął:

— Jej mąż to też ciekawy okaz. Taki… bałwan sowiecki.

Wskazał na śniegowego bałwana, którego ulepiły dzieci.
Bałwan miał gwiazdę z czerwonej szmaty.
Wąsy z mchu.
I patyk, który udawał fajkę.

— Naprawdę podobny.
Brakuje mu tylko butelki bimbru.

W tej samej chwili z chaty wyszedł komendant.
Spojrzał na bałwana.
Potem na nas.

Nie powiedział ani słowa.
Wyciągnął pistolet.
I strzelił.

Bałwan rozpadł się na kawałki.
Śnieg rozsypał się na boki.

Strażnicy zaczęli się śmiać.

— Towarzyszu komendancie!
— Co wy narobiliście?
— Zastrzeliliście własnego sobowtóra!
— Taki podobny był!

Komendant zrobił się blady.
Szybko schował pistolet.
I wrócił do chaty.

Tego dnia nikt nie został już rozstrzelany.
Może dlatego, że wszyscy za bardzo śmiali się z bałwana.

Obóz – Disneyland Dziadka Mroza (sezon zimowy)

Życie w obozie było dobrze zorganizowane. Prawie jak w wielkich cywilizacjach.

Pobudka o świcie, potem praca, a nad wszystkim czuwał komendant

 człowiek, który czasem nie był pewien, gdzie kończy się bimber, a zaczyna władza.

Spaliśmy nadal  na pryczach z desek.

 Czasem trafiał się siennik z resztek słomy, ale zwykle prycze dzieliliśmy z pluskwami.

Pluskwy miały jedną wielką zaletę. Nie donosiły do komendanta.

Za to piły krew z taką samą gorliwością, jak ideolodzy Związku Radzieckiego.

Wieczorami dzieci organizowały tajne zebrania.

Temat spotkania był zawsze ten sam:

— Co jeszcze można zjeść?

Spotkanie prowadził Leszek, który raz ugotował zupę z buta.

Eksperyment był udany.

Niestety, nie dało się go powtórzyć.

But był tylko jeden.

Ale bajka nie kończyła się zimą.

Pewnego dnia śnieg przestał padać.

Wiatr przestał szczypać w oczy jak pokrojona cebula.

Przyszła wiosna.

Prawdziwa.

Bez rozkazu.

Bez pozwolenia.

I bez cenzury.

A potem do obozu zameldowało się lato.

Bo na Syberii jest podobno trzysta pięćdziesiąt dni zimy.

A potem już tylko…lato.lato i jeszcze trochę lata.

—ŁOWY

Lato było naszą porą roku.
Dziadek Mróz gdzieś wtedy chrapał na Uralu, a my nagle czuliśmy się trochę lżejsi. Jakby rosły nam skrzydła.

No, może nie skrzydła.
Ale przynajmniej nogi chciały chodzić dalej niż tylko od baraku do komendanta.

Leszek spojrzał poważnie i zaproponował.

— Idziemy nad rzekę. Tam są komary wielkości gołębi.

— To co?

— To znaczy, że potrzebujemy zbroi.

— Jakiej zbroi?

— Z błota i łajna. I jeszcze wyposażenia: kij, worek jutowy i łeb na karku.

Las był naszym sklepem spożywczym.

Zbieraliśmy grzyby, jagody, czasem udało się podebrać jajko z gniazda.

Runo leśne było naszym złotym runem.

Leszek był specjalistą od ryb.

Rzeka była raczej strumieniem z wielkimi ambicjami, ale okonie jednak w niej mieszkały.

Z czasem opanowaliśmy też bardziej zaawansowaną kuchnię.

Wytapianie tłuszczu z myszy.
Smażenie szczurów na ogniu z podsuszonych klocków brzozy.

Tak, i tu kuchnia była bardzo lokalna.

I bardzo sezonowa.

W baraku zaczęto mówić o nas „kłusownicy”.

Baba Jaga z komendantury podejrzewała nawet, że uprawiamy jakieś czary.

Bo nie mogła zrozumieć jednej rzeczy. Skąd mamy jeszcze siłę, żeby chodzić.I oddychać.A czasem nawet się uśmiechać

Stepowa Myszka Miki, czyli – Dziki Wschód, a la Kazachstan i Syberia

Step był zupełnie inny niż tajga.
Tam był las.
A tutaj nie było prawie nic, oprócz trawy.

Nie było drzew.
Nie było cienia.
Nie było gdzie się schować.
Tylko trawa, wiatr i daleka ziemia.
Wszystko było płaskie i ogromne.
Jakby świat się popsuł i zapomniał, że gdzieś powinien się kończyć.

Leszek patrzył przed siebie i mówił:

— Widzisz?
Tu kończy się raj Stalina, a zaczyna nasz raj.

Mówił to tak dziwnie, że nawet ja wiedziałem, że to nie był prawdziwy raj.
Na stepie było sucho, pusto i strasznie.
Ale i tak czasem wydawał się lepszy niż obóz.
Bo przynajmniej wilk nie udawał przyjaciela.

Po stepie biegały myszy.
Czasem lisy.
Czasem dzikie psy.
A dalej, tam gdzie nie chciało się patrzeć po ciemku, były wilki.

Nie były jak z bajek.
Nie mówiły ludzkim głosem.
Nie nosiły kubraczków.
Były głodne i ostre jak zima.

Ale Leszek mówił:

— Lepszy wilk niż sołdat.

Chyba miał rację.
Wilk chciał cię zjeść, bo był wilkiem.
Sołdat czasem chciał cię skrzywdzić tak po prostu.

Leszek umiał robić sidła.
Brał kawałki kolczastego drutu, które udało się odłamać z obozowego ogrodzenia.
Skręcał je ostrożnie.
Jego palce były sprytne i szybkie.
Ja patrzyłem, jak pracuje, jakby robił coś tajemnego.

Potem szliśmy na step i ustawialiśmy sidła.
Cicho.
Uważnie.
Jakbyśmy też byli zwierzętami.

Raz Leszek złapał we własne sidło… swój but.
Powiedział, że dobrze, bo przynajmniej but nie uciekł.

Ale potem szło mu coraz lepiej.
Łapał myszy.
Ptaki.
Jeże.
Czasem nawet coś większego.

Na stepie wszystko mogło być jedzeniem.
Nie pytało się, czy to ładne.
Nie pytało się, czy wypada.
Pytało się tylko:
czy da się to ugotować
i czy starczy dla wszystkich.

Dla mnie step był dziwny.
Z jednej strony pusty.
Z drugiej pełen życia, które uciekało, chowało się i walczyło o przetrwanie.
Trochę jak my.

Padlina to rarytas

Wilk, który nas karmił

Pod koniec lata ja Januszek, Leszek i Hans chodziliśmy już dalej niż zwykle.
Czasem tak daleko, że obóz zostawał za nami na cały dzień drogi.

Tam było inaczej.
Ciszej.
Nie było komendanta.
Nie było Baby Jagi.
Był tylko step, wiatr i wilki.

Leszek mówił, że na stepie trzeba umieć patrzeć.
Nie tylko przed siebie, ale też pod nogi.

— Patrzcie na tropy — uczył nas.
— Wilki nie są jak ludzie. Nie zabijają dla zabawy.

Januszek zmarszczył czoło.

— To po co zabijają?

— Bo są głodne — odpowiedział Leszek.
— A jak się najedzą, zostawiają resztę.

I naprawdę tak było.

Pewnego dnia znaleźliśmy pół krowy.
Leżała w stepie.
Obgryziona, krwawa i brzydko pachnąca.
Tak brzydko, że nawet muchy nie były zbyt odważne, żeby jej towarzyszyć..

Patrzyliśmy na nią długo.

— A dlaczego nikt jej nie zabrał?

— Bo tutejsi Kazachowie są muzułmanami — wyjaśnił Leszek.
— A muzułmanie nie jedzą padliny.

Potem poklepał tę krowę, jakby była starym znajomym.

— To będzie nasz stek — powiedział.

Zapakowaliśmy mięso do torby zszytej z łachmanów i  zanieśliśmy je dalej w step.
Tam rozpaliliśmy mały ogień z suchych igieł i liści.

W tamtych czasach jadło się wszystko.
Mięso.
Ścięgna.
Twarde kawałki.
Raz nawet język.

I wszystko wydawało się dobre.
Bo było nasze.
Bo znalezione.
Bo uratowane przed głodem.

O takich obiadach nie opowiadało się w baraku.
Nie każdy chciał słuchać, skąd było mięso.
Zwłaszcza dzieci żydowskie.
Dla nich takie jedzenie było niekoszerne.

Pewnego dnia Januszek zobaczył Aronka.
Siedział skulony w kącie.
Mały, cichy i głodny.
Wyglądał jak zmarznięty ptak.
Płakał.

Mama Januszka też go zobaczyła.
Spojrzała na kawałek mięsa.
Potem na Aronka.

I zrobiła coś bardzo ważnego.
Dała mu ten kawałek.

To nie było mięso, które wolno mu było jeść według zasad.
Ale mama wiedziała jedno:

Życie jest ważniejsze niż zasady.

Od tego dnia wilk stał się dla nas kimś więcej niż tylko dzikim zwierzęciem.
Nie był już tylko groźny.
Był też tym, który nieświadomie nas karmił.

W naszej wyobraźni wilk stał się bratem.
Bratem z dalekiego stepu.
Takim, który nic o nas nie wiedział, a jednak pomagał nas żywić.

Zacząłem opowiadać dzieciom bajki.
Co noc inną.
Ale najczęściej o Wilku, który był bratem.

Dzieci słuchały bardzo cicho.
Nawet te z sąsiedniego baraku.
Nawet te, które nie jadły mięsa.

Bo czasem bajki też karmią.
Nie brzuch.
Ale serce.
A czasem serce pomaga przeżyć jeszcze jeden dzień.

Były też nasze wyprawy kulinarne na  stepowy gulasz!

Menu było dziwne.
Bardzo dziwne.

Dwa chrząszcze.
Kawałek ślimaka.
I coś, co wyglądało jak dżdżownica, ale miało za dużo nóg.

Leszek udawał wtedy kelnera.

— Smacznego, proszę państwa.
Restauracja stepowa poleca danie dnia.

I wszyscy się śmiali.
Nawet jeśli ten śmiech był trochę smutny.

A kiedy naprawdę nie było już nic, Januszek siadał cicho.
Zamykał oczy.
I szeptał do swojej przyjaciółki Śnieżynki.

— Śnieżynko… dziś nie proszę o wiele.
Tylko o kawałek chleba.
Taki, żeby dało się go pogryźć.
I żeby nie był z mchu.
Albo o kawałek mięsa.
Choćby taki po wilku.

Śnieżynka zwykle nie przychodziła.
Ale Januszek i tak wierzył.

Bo w bajkach Śnieżynka zawsze wraca.
I zawsze najpierw do dzieci.

Nawet w łagrze dzieci były przecież dziećmi.
Zmęczonymi.
Głodnymi.
Czasem przestraszonymi.

Ale wciąż dziećmi.

Wciąż chciały się bawić.
Wciąż chciały słuchać bajek.
Wciąż chciały choć na chwilę zapomnieć, gdzie są.

Ich zabawy nie były już takie jak dawniej.
Nie przypominały podwórka ani domu.
Były bardziej smutne.
Bardziej głodne.
I miały dużo czarniejszy humor. Ale dalej były zabawami.
A to znaczyło, że dzieci jeszcze się nie poddały

.

Hans – brat zza drutów

Na początku Hans był jak kaktus.

Cichy.
Kłujący.
I lepiej było go nie dotykać.

Siedział na pryczy i patrzył gdzieś przed siebie, jakby oglądał film, którego nikt oprócz niego nie widział.

Januszek długo nie wiedział, co do niego powiedzieć.

Aż przyszła zima i spadło tyle śniegu, że nawet łagier wyglądał przez chwilę jak pocztówka.

— Zróbmy bałwana — zaproponował Januszek.

— Jakiego? — spytał Leszek.

Januszek rozejrzał się.

— Komendanta.

Hans patrzył chwilę, jak lepią kulę śniegu.

Potem podszedł bliżej.

I nagle powiedział:

Er braucht ein größeres Schnurrbart.

— Co? — zdziwił się Januszek.

Hans wziął kawałek zmrożonego krowiego łajna i doczepił do twarzy bałwana ogromne wąsy.

Leszek wybuchnął śmiechem.

— Teraz jest podobny!

I tak właśnie przełamaliśmy lody.

Hans przestał siedzieć sam.

Spał na pryczy obok Januszka i Leszka.

Czasem dzielił się chlebem — jeśli akurat miał czym się dzielić.

Januszek w zamian podsuwał mu przypalone skórki z obozowego garnka.

Nie były pyszne.

Ale były nasze.

Wkrótce zaczęliśmy chodzić wszędzie razem.

Do lasu.
Na step.
Na nasze wielkie wyprawy po jedzenie.

Byliśmy trochę jak bohaterowie z książek.

Jak Max i Moritz.

Jak Tom Sawyer i Huck Finn.

Jak Robin Hood i Mały John.

Tylko że nasz Sherwood był trochę inny.

Składał się z lasu, stepu…i magazynu komendanta.

Teatr Lalek Podziemnych

Pewnego wieczoru Januszek ogłosił ważną wiadomość.

— Zakładam teatr.

Leszek spojrzał na niego podejrzliwie.

— A z czego?

— Z tego, co mamy.

I tak powstał tajny teatr lalek łagrowych.

Lalki były bardzo eleganckie.

Jedna zrobiona z kawałka kory.
Druga z piórka znalezionego w stepie.
Trzecia miała nawet prawdziwy guzik.

Podobno kiedyś należał do oficera NKWD.

Wpadł do błota. My go tylko uratowaliśmy od całkowitego zabłocenia.

Przedstawienia odbywały się wieczorem, kiedy strażnicy byli zajęci piciem bimbru albo liczeniem więźniów, którzy już dawno przestali się liczyć.

Repertuar był bogaty.

Trochę bajek.

Trochę historii.

I trochę prawdy.

Na przykład:

Czerwony Kapturek i Wilk NKWD

Wilk był strażnikiem.

Czerwony Kapturek niósł babci zupę z brzozowej kory.

Po drodze wilk zatrzymywał ją trzy razy, sprawdzał dokumenty i pytał, czy nie jestem wrogiem ludu.

Na końcu wilk znikał.

— Co się z nim stało? — pytały dzieci.

Januszek odpowiadał poważnie:

— Zginął w papierach.

Bo w obozie wszystko mogło zginąć w papierach.

Nawet wilk.

Druga sztuka była jeszcze lepsza.

Śnieżka i Siedmiu Tajniaków

Śnieżka dostawała piękne jabłko.

Nie od macochy.

Od kartoteki personalnej.

Jabłko miało jednak zbyt dobre warunki życia.

Dlatego zostało deportowane.

Dzieci śmiały się bardzo cicho.

Bo w łagrze nawet bajki trzeba było opowiadać szeptem.

Skrzynia Ali Baby

W ziemiance Leszka i Januszka powstała kiedyś bardzo poważna gra.

Nazywała się „Ali Baba i czterdziestu rozbójników”.

W praktyce wyglądało to trochę skromniej.

Rozbójników było najwyżej pięciu.

A skarbem najczęściej było najmłodsze dziecko.

Zawijano je w koc i kładziono w kącie.

Udawało, że śpi.

Reszta drużyny musiała odnaleźć skarb, omijając strażników.

Strażnikami byli ci, którzy akurat przegrali poprzednią rundę.

Nagroda była wspaniała.

Czasem sucha skórka chleba.

Czasem miska ciepłej wody.

A czasem tylko uśmiech.

I czasami to naprawdę wystarczało.

Polowanie na komendanta (tylko w wyobraźni)

Najbardziej popularną zabawą było jednak polowanie na komendanta.

Oczywiście tylko w wyobraźni.

Kawałek deski był karabinem.

Patyk stawał się szablą.

Leszek był dowódcą oddziału.

Januszek — zwiadowcą.

Czołgali się w śniegu, strzelali do wyimaginowanych sołdatów i rzucali grudkami lodu w stronę baraku komendanta.

Potem uciekali za róg.

Bardzo szybko.

I bardzo cicho.

Tak, żeby nikt ich nie zobaczył.

Albo przynajmniej prawie nikt.

Wróżby ze szronu

Zimą okna baraków zamieniały się w wielkie lodowe tablice.

Szron rysował na nich wzory jak w bajce.

Dzieci rysowały palcami swoje przyszłe życie.

— To jest mój dom, kiedy wrócę do Polski — mówiła jedna z dziewczynek.

— A tu będzie mój pies — dodawał ktoś.

— A tu szkoła.

Januszek często rysował ogromnego ptaka.

— To Żar-Ptica — tłumaczył poważnie.

— Co zrobi? — pytał Aron.

— Zabierze nas stąd.

— Dokąd?

— Do Kałusza.

Leszek zawsze dodawał:

— I zabierze też Hansa i Aronka.

Wyścig o obierek

Czasem w obozie zdarzało się wielkie święto.

W kuchni zostawały obierki.

Zamarznięte.

Brudne.

Ale wciąż obierki.

Sołdaci rzucali je czasem za barak.

Niby dla zwierząt.

Ale wszyscy wiedzieli, że chodzi o dzieci.

Natychmiast zaczynał się wyścig.

Kto pierwszy znajdzie choć jedną obierkę — wygrywa.

Czasem kończyło się to kłótnią.

Czasem bójką.

Ale częściej śmiechem.

Bo zdobycz i tak dzielono po równo.

W łagrze szybko się człowiek uczył jednej rzeczy.

Samemu przeżyć się nie da.

Bajkowy teatrzyk

Wieczorem dzieci zbierały się wokół starej piecykowej beczki.

Mróz wchodził w kości.

Ale bajki trochę pomagały.

Każdy znał jakąś historię.

Januszek opowiadał o Śnieżynce.

Leszek o Stasiu i Nel.

Hans o rycerzach, którzy potrafili pokonać każdego smoka.

Dzieci słuchały w ciszy.

Jakby bajki mogły na chwilę cofnąć czas.

Na końcu Leszek zawsze mówił:

— A potem Żar-Ptica zabrała wszystkich do Polski.

— I już nigdy nie było łagrów.

Dzieci biły brawo.

Bardzo cicho.

Żeby nie obudzić Baby Jagi.

Droga przez step

Słońce w Kazachstanie nie grzeje.

Ono pali.

Januszek szedł pierwszy.

Miał wtedy może siedem lat.

Ale wyglądał najwyżej na pięć.

Leszek niósł worek z grzybami.

Januszek miał przy pasie suszone jagody i skórę po borsuku.

Mama mówiła, że to towar na wymianę.

Leszek znał drogę.

Trzeba było iść cały dzień przez step, bocznymi ścieżkami.

Tam, gdzie nie zaglądały patrole.

— Nie gadaj — ostrzegał Leszek. — Jak nas usłyszą, to nie uwierzą, że idziemy tylko po ziemniaki.

Ziemia była gorąca jak patelnia.

Dzieci chodziły boso.

Buty były luksusem.

Januszek owijał stopy mokrymi szmatami.

Po godzinie i tak wysychały.

Potem smarowali nogi krowim łajnem.

Bo to jedyny sposób, żeby komary nie zjadły człowieka żywcem.

Januszek westchnął.

— Fajnie byłoby mieć oślika. Takiego jak w bajce.

Leszek spojrzał na niego krzywo.

— My jesteśmy tymi osłami.

— Dlaczego?

— Bo idziemy do ludzi, których Ruscy mogą jutro rozstrzelać.

— Za co?

— Za to, że są Niemcami.

Bajeczna wieś

Wioska leżała między wzgórzami, kilka godzin drogi od łagru.

Drewniane płoty.

Grządki równe jak od linijki.

Dzieci biegały po podwórkach i bawiły się w berka.

Miały własną szkołę.

Małą.

Z tablicą.

I wielkim portretem wąsatego generała.

Leszek siadał przy stole z dorosłymi i handlował.

Januszek biegł na podwórko.

Tam była Greta.

I mały Otto.

Robili wyścigi w rzucaniu patykami.

Januszek patrzył na to wszystko ze zdziwieniem.

Te dzieci nie głodowały.

Miały buty.

Ich ojcowie jeszcze byli w domu.

Ich mamy gotowały zupy z prawdziwego mięsa.

Nie z mchu.

Nie z kory.

I miały jeszcze jedną rzecz.

Radio.

Ale bajki rzadko trwają długo.

Ta też nie trwała.

Cisza przed burzą

Wkrótce w tej wiosce też zrobiło się inaczej.

Na stole stała już tylko herbata z pokrzywy.

Wieczorami ludzie zbierali się przy radioodbiorniku.

Ale z radia nie płynęła muzyka.

Tylko przemówienie Stalina.

Potem przeczytano rozkaz.

„Wszyscy Niemcy żyjący na terytorium Związku Radzieckiego są podejrzani o działalność szpiegowską.”

Radio zamilkło.

Jakby samo zrozumiało, że nie ma już nic dobrego do powiedzenia.

Kilka dni później do wioski przyjechali sołdaci.

Najpierw spisywali nazwiska.

Potem kazali wszystkim pakować rzeczy.

Na wozy.

Januszek i Leszek patrzyli na to z daleka.

Ukryci za płotem.

Widzieli, jak Otto płacze.

Jak Greta krzyczy i próbuje się wyrwać.

Ale nikt jej nie słuchał.

Bo kiedy przyjeżdżali sołdaci…nikt już nie pytał dzieci, czy chcą jechać.

Witamy w baraku

Kilka dni później Greta i Otto leżeli już na pryczach w naszym baraku.

Greta spała z głową na kolanach mamy Januszka.

Otto patrzył w sufit.

Nie miał już swojej drewnianej zabawki. Została w wiosce.

Przez kilka dni nie mówił nic.

A potem mówił tylko po niemiecku.

Jakby chciał, żeby nikt nie rozumiał jego strachu.

Leszek próbował go jakoś pocieszyć.

— W Kałuszu też byli Niemcy — powiedział. — Mieliśmy kolegów. Max i Moritz.

Otto skrzywił się lekko.

— To śmieszne imiona.

Leszek wzruszył ramionami.

— Śmieszne? A wy macie Hitlera. Co to za imię?

Hans, który siedział obok, spojrzał na niego poważnie.

— Ten „śmieszny” Hitler nas w to wszystko wpakował.

Na chwilę zapadła cisza.

Januszek wiedział już, że zabawy z wioski nie wrócą.

W łagrze śmiech był rzadkim gościem.

Ale wciąż zostawało coś wspólnego.

Bajki.

Wspomnienia.

Marzenia.

Wieczorami rysowali palcami na szronie wielkiego ptaka.

— To Żar-Ptica — tłumaczył Januszek.

— I co zrobi? — zapytał Otto.

— Zabierze nas do domu.

Otto patrzył chwilę na rysunek.

Potem mruknął cicho:

— Kiedyś polecimy nim wszyscy.

Bumerang

Pewnego dnia Januszek zapytał Hansa:

— Wiesz, co to jest bumerang?

— Rzucasz i wraca — odpowiedział Hans.

— Właśnie.

Januszek pokazał mu dziwny kawałek kości.

— Leszek zrobił taki z kości psa strażników. Ten zdechł z głodu.

Hans przytaknął bez zdziwienia.

W łagrze wszystko mogło stać się narzędziem.

Łyżki zamieniały się w harpuny.

Puszki w pułapki na myszy.

A z gumy wyrwanej z gumiaka robili procę do strzelania w wróble.

Bo głód był najlepszym nauczycielem wynalazków.

Janusz i czterdziestu rozbójników

Kiedy Śnieżynka przestała nas odwiedzać, a Mikołaj najwyraźniej zgubił adres łagru, trzeba było zmienić bajkę.

Leszek został Ali Babą.

Bo tak brzmiało bardziej bohatersko.

Ja zostałem jednym z czterdziestu rozbójników.

Dokładnie: rozbójnikiem numer dwa.

Bo rozbójników było… dwóch.

Ale w bajkach matematyka działa inaczej.

W królestwie Związku Radzieckiego każdy miał jakąś rolę.

Jedni byli strażnikami.

Inni donosicielami.

A większość służyła Babie Jadze z komendantury.

My zostaliśmy profesjonalnymi rozbójnikami.

Rabowaliśmy jednak nie złoto ani skarby.

Tylko rzeczy naprawdę cenne.

Gałęzie na opał.
Mech i korę na buty.
Liście malin na herbatę.
I zapasy wiewiórek.

Wiewiórki nie były zadowolone.

Ale głód rzadko pyta o pozwolenie.

Jedliśmy wszystko, co dało się wrzucić do menażki.

Las był naszą wyspą skarbów.

A my piratami.

Tylko zamiast papug mieliśmy wszy.

Jaskinia rozbójników

Nasza ziemianka była jak jaskinia Ali Baby.

Skarby znikały w niej bardzo szybko.

Czasem szybciej niż ludziom znikały buty z nóg.

Bo ktoś zdążył je wcześniej wymienić na miskę zupy.

O zapasy trzeba było walczyć.

Czasem pazurami.

Czasem sprytem.

Ale najczęściej po prostu szybkością jedzenia.

Latem Dziadek Mróz spał.

I wtedy byliśmy panami lasu.

Tylko nocą do lasu chodził już tylko Leszek.

On nie wierzył w duchy.

A duchy chyba bały się jego bardziej.

Bo Leszek potrafił nawet ducha potrafił okraść..

Uljana i Mańka — kury komsomolki

Komendant miał też swoje skarby.

Kurnik.

A w nim kury.

W nocy, kiedy księżyc był cienki jak struna bałałajki, Januszek, Leszek i Hans czołgali się przez śnieg pod płot.

Leszek miał plan.

— Janusz — szepnął — jesteśmy rozbójnikami czy nie?

— No… jesteśmy.

— To napadamy na kurnik.

— Ale komendant ma karabin.

Leszek wzruszył ramionami.

— A my mamy głód.

Trudno było wygrać z takim argumentem.

Plan był prosty.

Januszek miał zagadać kury.

Leszek miał je złapać.

Kury jednak nie znały planu.

Jedna zaczęła gdakać jak syrena alarmowa.

Druga dziobnęła Januszka w nos.

Trzecia obsypała go pierzem.

Hans wyszeptał:

— Ty robisz zamieszanie. Ja łapię kurę.

— A jak nas złapią? — zapytał Januszek.

— Powiemy, że polujemy na jastrzębia.

Raz komendant prawie ich nakrył.

Hans schował kurę pod płaszcz.

Komendant podszedł bliżej.

— Co tam masz?

Hans spojrzał na niego spokojnie.

— Tyfus.

Komendant zrobił krok w tył.

Hans dostał tylko kopniaka.

Ale kura została z nim.

Dzięki niej przeżyli następny tydzień.

Nazajutrz Baba Jaga wrzeszczała na cały obóz:

— Kto ukradł moje Uljanę i Mańkę?!

I wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że kury mają imiona. A my tylko numery

Komendant i jego żona byli chyba bardziej przywiązani do kur niż do więźniów.

Dlatego nazywaliśmy ją Babą Jagą.

Bo miała nos jak hak.

Brew jak szczotkę.

I charakter jak pogoda w lutym na Syberii.

Państwo Patyczkowo-Socjalistyczne

Po aferze z kurnikiem Leszek ogłosił, że czas skończyć z chaotycznym rozbójnictwem.

— Janusz — powiedział poważnie, jak premier jakiejś bajkowej republiki — zakładamy państwo.

— Państwo? Ale jak? My mamy miskę, nóż z kości i jednego szczura na pół!

Leszek pomyślał chwilę.

— To wystarczy. Każde państwo zaczynało od czegoś gorszego.

I tak powstała Patyczkowo-Socjalistyczna Republika Ziemiankowa.

Stolicą była nasza ziemianka z przeciekającym dachem.
Hymnem — stukot łyżek o puste miski.
A godłem — piórko w kształcie łyżki. Symbol nauki i głodu jednocześnie.

Leszek ogłosił się Przewodniczącym Rady Najwyższej Patyczkowa.

Ja zostałem Ministrem Bajek, Legend i Dobrej Nadziei.

Nasza konstytucja była krótka.

  1. Nie jemy siebie nawzajem.
  2. Wiewiórki są obywatelami (dopóki nie wyglądają zbyt smakowicie).
  3. Bajki są obowiązkowe. Bez bajek nie ma przetrwania.

Leszek wygłaszał przemówienia.

— Towarzysze! Nasze państwo, choć zbudowane z mchu i powietrza, przetrwa każdą zimę!

Publiczność — czyli ja i jeden ślepy kret — biła brawo.

Latem Januszek zostawał bohaterem republiki.

Cichutko jak mysz skradał się na pole i kradł zboże.

Ziarenka chował w kieszeniach, potem mielił je na kamieniu i piekł coś, co z wielkiej uprzejmości nazywaliśmy chlebem.

Jeśli ktoś go złapał, mówił:

— Byłem za potrzebą.

Za zanieczyszczanie sowieckiej ziemi dostawał kopniaka.

Wiewiórka arystokratka

W lesie mieszkała też pewna wiewiórka.

Ruda.

Bez jednej łapy.

I z futrem, które pamiętało lepsze czasy.

— Ona też na zesłaniu? — zapytał Januszek.

Leszek przyjrzał się jej poważnie.

— Pewnie była burżujką.

— To jej nie łapiemy?

— Nie. Ona jest zaopatrzeniowcem naszego Patyczkowa.

Wiewiórka zbierała zapasy.

Nasiona.

Orzechy.

I wszystko zakopywała w ziemi.

— Jak ją zjemy — tłumaczył Leszek — nie będzie nikt nam robił magazynów.

Więc zostawili ją w spokoju.

Złapali inną.

Z pięknym futrem.

I dzięki temu mieli mięso…oraz walonki na zimę.

Kurchany syberyjskie

W stepie stały też dziwne pagórki.

Mama nazywała je Kurchany.

Wyglądały jak zwykłe kopce ziemi.

Ale w środku byli dawni wojownicy i Królowie.

Albo ktoś, kto miał więcej koni niż sąsiad.

Leżeli tam z biżuterią, bronią i czasem z koniem.

Żeby w zaświatach nie chodzić pieszo.

Dla nas te kopce wyglądały trochę jak bajkowy „Stoliczku, nakryj się”.

Bo może w środku ktoś zostawił jedzenie.

Na Syberii nawet groby czasem zamieniały się w lodówki.

Kiedyś strażnicy wysadzili lód pod swoją kwaterą  i wyciągnęli z niego… mamuta.

Całego.

Niestety zjedli go sami.

Nie dzieląc się z nami.

Jak widać, nawet mamuty w Związku Radzieckim były własnością państwową.

Bimber, czyli ziemniaczana dyplomacja

Dyscyplinowanie matki i dziecka w łagierze przez czerwonogwardzistę. Źródło http://www.arte.tv

W naszej ziemiance był jeszcze jeden cud techniki.

Aparat do pędzenia bimbru.

Zrobiony z rury od piecyka, starej miski i garnka po sowieckiej zupie.

Mama patrzyła na niego jak alchemik.

— Janusz, dosyp trochę mąki ziemniaczanej — powiedziała.

— Mamo, to nie mąka. To zmielona kora.

— Tym lepiej. Sołdaci szybciej zobaczą gwiazdy.

Hans przyniósł zmarznięte kartofle.

— Frau Mama… te kartofle są twarde jak kamień.

Mama uśmiechnęła się.

— Z takich wychodzi najlepszy rocznik. „Zima czterdziestego drugiego”.

Para zaczęła unosić się z aparatu.

Mama otworzyła małą klapkę w ścianie.

— Leszek, pilnuj. Jak idzie strażnik, krzycz: „jastrząb”.

Po chwili Leszek szepnął:

— Idą dwa jastrzębie. Jeden chudy, drugi gruby.

Drzwi skrzypnęły.

Do środka wszedł sołdat Siergiej.

Mama podała mu słoik z przezroczystą cieczą.

— Tylko dla bohaterów Związku Radzieckiego.

Sołdat wypił łyk i  zrobił minę, jakby właśnie zobaczył Lenina.

— Jeśli dasz nam trzy godziny bez kontroli — powiedziała mama — dostaniesz jeszcze jeden słoik.

Siergiej pomyślał chwilę.

— Ty nie kobieta — mruknął. — Ty wiedźma.

I wyszedł.

Hans spojrzał na Januszka.

— Twoja mama to czarodziej.

Januszek uśmiechnął się lekko.

— Wiem.

Mama zgasiła ogień pod aparatem.

— A tak kończy się pierwszy akt — powiedziała teatralnie — „Ziemniak kolebie systemem Stalina”.

Towarzysz Burak
czyli jak Januszek prowadził agitację w sprawie… buraczków

Barak izolatek był zimny jak spojrzenie Stalina na partyjnym zebraniu.

Mama siedziała tam już trzeci dzień.

Jej wielką zbrodnią było zasianie buraków, bo nasiona były niemieckie.

A niemieckie nasiona w Związku Radzieckim były mniej więcej tak podejrzane jak szpieg z Berlina.

Sołdaci uznali więc, że to kontrrewolucja ogrodnicza.

Januszek postanowił działać.

Poszedł prosto do domu komendanta.

Dom Baby Jagi

Dom wyglądał jak skrzyżowanie muzeum Lenina z wiejską karczmą.

Na ścianach wisiały portrety wodzów.

Na stole stała szklanka herbaty, czyli wrzątek z czymś, co wyglądało jak gwóźdź.

Baba Jaga siedziała w fotelu z miną, jakby właśnie zjadła dwóch więźniów na śniadanie.

— Znowu ty? — warknęła.

Januszek wyprostował się jak prawdziwy agitator.

— Towarzysz Januszek melduje się z samokrytyką w sprawie… botwinki.

Baba Jaga zmrużyła oczy.

— Botwinki?

— Tak! — powiedział Januszek z powagą profesora. — Burak to najbardziej komunistyczne warzywo świata.

Komendantowa uniosła brew.

— Jak to?

— Jest czerwony. Twardy. I wyrasta z ziemi , jak  lud pracujący.

Baba Jaga spojrzała na niego podejrzliwie.

— Po co twoja matka to sadziła?

Januszek nie zawahał się ani sekundy.

— Żeby ugotować barszcz dla sołdatów.

— Barszcz?

— Rewolucyjny barszcz! Proletariacki!

Baba Jaga napiła się herbaty.

— A co to ma wspólnego z rewolucją?

Januszek zrobił poważną minę.

— Taki barszcz jak w Afryce.

— Gdzie?!

— W  Afryką, tej z książki „W pustyni i w puszczy”.

Komendantowa patrzyła na niego jak na dzikie zwierzę.

— Staś i Nel — wyjaśnił Januszek — przygotowywali tam grunt pod komunizm, siejąc botwinkę.

— Jak to?

— Staś uczył ludzi czytać. A Nel karmiła głodne dzieci czerwoną botwinką i gotowała barszcz.

Januszek zrobił pauzę jak prawdziwy mówca.

— A to przecież pierwsze kroki do rewolucji.

Baba Jaga przez chwilę milczała.

Januszek wyjął z torby buraka.

— Proszę spojrzeć. To nie jest warzywo.

— A co?

— Symbol rewolucji. Czerwony jak sztandar Związku Radzieckiego.

Komendantowa patrzyła na buraka.

Potem na Januszka.

W końcu westchnęła.

— Może z ciebie jeszcze będzie komsomolec.

Januszek ukłonił się.

— Dziękuję, towarzyszko.

— Matkę wypuszczę — powiedziała. — Ale ty będziesz się tu meldował co tydzień.

Chwilę pomyślała.

— I powiedz jej, że towarzyszka komendantowa ma… rewolucyjne serce.

Tak mama wróciła do baraku.

A buraki zostały oficjalnie uznane za warzywo klasowo poprawne.

Od tej pory Januszek miał nowy tytuł.

Towarzysz Burak.

Ślady w śniegu

Wieczorem Januszek zdjął walonki i postawił je przy piecyku.

Boso wyszedł na śnieg.

— Może Mikołaj mnie usłyszy — szepnął.

Popatrzył w niebo.

— Albo choć Dziadek Mróz.

Zaklinał też Śnieżynkę.

— Zabierz stąd Babę Jagę i strażników… i daj je innym dzieciom w Związku Radzieckim.

Niebo milczało.

Tylko wiatr odpowiadał.

Januszek westchnął.

— No dobrze. Jeśli Mikołaj nie przyjdzie dobrowolnie, to niech go  Sowieci tutaj  deportują.

— Dlaczego?

— Bo to  bogatym kułakiem, skoro rozdaje prezenty.

Powrót Dziadka Mroza

W końcu Dziadek Mróz rzeczywiście wrócił.

Nie na saniach.

Nie z dzwoneczkami.

Przyszedł z wichrem, lodem i nową porcją mrozu.

Zamiast prezentów przyniósł odmrożenia.

I zapalenia płuc.

Nasze państwo z patyków zamarzło.

Teatr lalek zamienił się w lodowy zamek.

A my znów byliśmy tylko dwoma chłopcami z zamarzniętymi uszami.

I z bardzo dużymi marzeniami.

Zima była wszędzie.

W butach.

W zupie.

Nawet w marzeniach.

Republika Patyczkowa powoli się rozpadła.

A nasz teatr lalek zamarzł razem z widownią.

Przepraszamy was, krety i ślepowrony, że nie udało nam się was uratować.

Radio Wolna Wyobraźnia

Pewnego dnia Leszek wpadł na nowy pomysł.

I tym razem nie chodziło o jedzenie.

Ani o kury.

Ani nawet o wiewiórki.

— Janusz — powiedział tajemniczo — musimy zbudować radio.

Januszek zamrugał oczami.

— Radio? A po co?

— Żeby słuchać wolności.

Brzmiało to trochę jak hasło z propagandowego plakatu.

Ale Leszek mówił całkiem poważnie.

I tak zaczęła się Operacja Antenka.

Jak zbudować radio z puszki i guzika

Była zima.

Znowu.

Bo w bajkach i w łagrze zima zawsze wraca.

Januszek i Hans siedzieli pod pryczą i marzli razem jak dwa pingwiny bez futra.

— Hans, opowiedz coś z radia — poprosił Januszek.

Hans pokręcił głową.

— Zabrali mi radio. Powiedzieli, że to imperialistyczny język wroga .

Januszek spojrzał przez szparę w ścianie na białą pustkę Syberii.

— To Leszek miał rację — powiedział w końcu. — Musimy zrobić własne.

Materiały do budowy radia

Lista była bardzo naukowa:

• puszka po konserwie rybnej strażników
• drut ze starego wiadra
• guzik z płaszcza strażnika
• kawałek kory brzozowej
• oraz dużo cierpliwości Leszka

Pracowali nocami.

Z kory zrobili obudowę.

Z guzika przełącznik.

Hans patrzył na to z powątpiewaniem.

— To radio nie będzie  działać bez prądu — powiedział w końcu.

— Jak to?

— Ale wystarczy, że wygląda jak radio.

Januszek oburzył się.

— Ale ja chcę słuchać!

Hans uśmiechnął się lekko.

— A kto powiedział, że do słuchania potrzebny jest prąd?

Pierwsza audycja

Wkrótce w ziemiance powstała prawdziwa rozgłośnia.

Leszek kręcił drutem.

Januszek mówił do kubka.

— Halo, halo! Tu radio Republiki Patyczkowej! Prosimy o natychmiastową teleportację do Polski!

Nic się nie stało.

Ale następnego dnia…

radio zatrzeszczało.

Najpierw jak śnieg.

Potem jak burza.

A potem…

pojawił się głos.

Nie rosyjski.

Nie z radiowęzła obozowego.

Polski.

— Tu mówi Polska…

Chłopcy zamarli.

Leszek miał łzy w oczach.

Januszek chyba też.

Tylko łzy zamarzły na policzkach zanim spadły.

Przez chwilę wyglądało to tak, jakby bajka odezwała się z drugiej strony świata.

„Hej! Jeszcze jesteśmy. Czekamy na was.”

Później okazało się, że to była mama Januszka.

Ale w tej chwili wszyscy i tak czuli się wolni.

Radio, które działało bez prądu

Z czasem dzieci z całego łagru przychodziły słuchać audycji.

Program był bardzo bogaty.

— Dziś wieczorem bajka o tym, kto wynalazł chleb — zapowiadał Januszek.

— A jutro relacja z frontu! — dodawał Leszek. — Jak zdobyliśmy ziemniaka spod lodu!

Były też inne wiadomości.

O Iwanie Carewiczu, który zbudował statek z suszonych kartofli i popłynął na Zachód.

O tym, że Stalin zbudował Syberię specjalnie dla dzieci wrogów ludu.

I o tym, że gdzieś daleko istnieje kraina, w której dzieci mogą się śmiać bez pozwolenia komendanta.

Dzieci siedziały cicho.

Nie dlatego, że radio było takie dobre.

Tylko dlatego, że przez chwilę  nie były w łagrze.

Najsilniejszy nadajnik świata

Radio z kory brzozowej wcale nie działało.

Ale działało coś innego.

Wyobraźnia.

Bo żadna maszyna nie potrafi zagłuszyć tego, co siedzi w głowie i sercu.

Można zabrać radio.

Można zabrać książki.

Ale nie da się zabrać dziecięcej wyobraźni.

Nie potrzeba prądu, żeby poczuć nadzieję.

Nie potrzeba nadajnika, żeby usłyszeć prawdę.

Czasem wystarczy puszka.

Trochę kory brzozowej.

I dwóch chłopców, którzy uwierzyli, że wszystko może się jeszcze wydarzyć.

Artyści Gułagu

Wyobraźcie sobie taką krainę.

Nazywa się Syberia i Kasachstan.

Zima trwa tam trzysta pięćdziesiąt dni w roku.

A potem przychodzi lato.

I też jest trochę jak zima, tylko człowiek się wtedy zamiast marznąć… przypala.

Latem piasek był tak gorący, że stopy piekły jak na patelni.

Zimą mróz był tak wielki, że uszy i nosy próbowały się od człowieka odłączyć.

Do tego głód.

Brzuchy burczały głośniej niż cerkiewne dzwony.

A w barakach mieszkały jeszcze pluskwy.

One przynajmniej nigdy nie narzekały na brak jedzenia.

Żeby jakoś przeżyć śnieżne burze, robiliśmy maski z kory brzozowej.

Wyglądaliśmy trochę jak kolędnicy.

Tylko że bardziej jak duchy niż jak kolędnicy.

Tak wyglądała nasza syberyjska Golgota.

A jednak nawet w tej krainie Dziadka Mroza pojawiała się sztuka.

Jozele – artysta z tajgi

Największym artystą był Jozele.

Starszy brat Aronka.

Prawdziwy syberyjski Leonardo da Vinci.

Tylko zamiast płótna miał korę brzozową.

A farby robił z tego, co znalazł w lesie.

Maliny.

Borówki.

Liście.

Czasem trochę błota dla koloru.

Zamiast pędzla używał patyka.

Albo własnych palców.

Czasem malował nawet na szybach komendantury.

To było bardzo ryzykowne.

Bo jeśli strażnicy zobaczyli obrazek, to obrazek znikał,  a artysta trafiał do karceru.

Jozele rysował też na drzewach.

Czasem wycinał znaki w korze.

Wyglądało to trochę jak tajny alfabet.

Tylko mały Aron wiedział, co one znaczą.

My podejrzewaliśmy, że to opowiadania  ukryte w brzozowej korze.

Tak, żeby strażnicy nie mogli ich przeczytać.

Karykatura komendanta

Największym dziełem Jozele była jednak karykatura komendanta.

Nos był na niej wielki jak kartofel.

Uszy sterczały jak skrzydła wiatraka.

Twarz miała kształt czerwonej gwiazdy.

A ordery wisiały… na wąsach.

Niestety komendant nie miał poczucia humoru.

Pewnego dnia zobaczył rysunek.

Najpierw zamarł.

Potem zrobił się czerwony jak sztandar.

— Co to ma być?! — ryknął.

Wszyscy wiedzieliśmy, że kariera artystyczna Jozele właśnie się kończy.

I rzeczywiście.

Skończyła się trzema dniami w karcerze.

Bo w łagrze artysta był podejrzany.

Jeśli ktoś miał czas na rysowanie,  to znaczyło, że nie pracuje wystarczająco ciężko.

A dodatkowo Jozele oskarżono o niszczenie brzóz,  które przecież były własnością narodu sowieckiego.

Muzeum tajgi

Mimo tego Jozele rysował dalej.

Portrety.

Z pamięci.

Bo aparatów fotograficznych tam nie było.

Ani w łagrze.

Ani nawet u komendanta.

Portrety były dziwne.

Trochę smutne.

Trochę śmieszne.

Jedni mieli wielkie uszy.

Inni nie mieli ich wcale, bo mróz zrobił swoje.

Ale każdy z nas w końcu znalazł gdzieś na brzozie swój portret.

I tak w tajdze powstało nasze muzeum.

Muzeum z kory brzozowej i  galeria ludzi w łachmanach.

Świadków pewnej bardzo zimnej, okrutnej historii.

I choć strażnicy mogli zetrzeć farbę,  nie mogli wymazać tego, że przez chwilę w środku syberyjskiej zimy ktoś jeszcze pamiętał, że istnieje coś takiego jak sztuka i ktoś taki jak my.

. Ścigany, czyli list gończy za Jezusem
i jak siostry zakonne wywołały największe śledztwo w historii łagru

Zima w łagrze była jak zwykle.

Minus czterdzieści.

Śnieg po kolana.

Cisza taka, że człowiek słyszał własny głód.

Ale pewnego dnia cisza pękła jak sopel lodu.

Do obozu przywieziono nowych więźniów.

Tym razem… siostry zakonne.

Czternaście kobiet w czarnych habitach i białych welonach wyglądało trochę jak tajny oddział pingwinów na pielgrzymce.

Strażnik Piotrow,  Kasach, znajacy tylko Allaha ,tóry miał największe serce i najmniejszy rozum w całym łagrze, patrzył na nie z podejrzliwością.

— Kto wy takie?

Najstarsza z sióstr odpowiedziała spokojnie:

— Jesteśmy siostrami zakonnymi.

Piotrow zmarszczył czoło.

Przyjrzał się im jeszcze raz.

— Jakimi siostrami? Wy wcale do siebie niepodobne.

Jedna z nich wyjaśniła cierpliwie:

— To wspólnota duchowa.

Piotrow zastanowił się chwilę.

— Aha… czyli coś jak partia.

— Można tak powiedzieć.

Strażnik zajrzał do papierów.

— Nazwiska mężów!

Siostry spojrzały na siebie.

— My jesteśmy pannami.

Piotrow stuknął palcem w dokument.

— Tu stoi: „zaślubiona Panu”.

Zaczął się rozglądać.

— To gdzie ten wasz Pan?

Siostry milczały chwilę.

W końcu jedna powiedziała cicho:

— Zostałyśmy zaślubione Jezusowi.

Piotrow aż się zakrztusił.

— Jak to?! Zamiast Stalinowi ślubować, wy jakiemuś Jezusowi?

— Tak, Jezusowi Chrystusowi, odparły.

Strażnik rozejrzał się niespokojnie.

— A kto to jest?

— To Król Królestwa Niebieskiego, tłumaczyła zakonnica.

Piotrow spojrzał w listę więźniów i na mapę.

Nie było tam żadnego Królestwa Niebieskiego.

Nie było też obywatela o nazwisku Chrystus.

W końcu krzyknął do innych strażników:

— Towarzysze! Szukamy jednego!

— Kogo?

— Jezusa! Męża czternastu kobiet!

Młody sołdat odstawił manierkę z kipiatokiem.

— Może uciekł?

— Albo się ukrywa — powiedział Piotrow.

— A może jest szpiegiem? — dodał drugi.

Piotrow coraz bardziej się nakręcał.

— Czternaście kobiet oczadził imperializmem!

I tak zaczęła się wielka operacja.

Polowanie na Jezusa Chrystusa.

W łagrze pojawiły się kartki:

„Kto widział Jezusa — meldować do strażnicy.
Nagroda: dodatkowa kromka chleba.”

Siostry w tym czasie siedziały w baraku i modliły się o jedno.

O trochę rozsądku dla Piotrowa.

Następnego dnia strażnik wrócił z raportem.

— Sprawdziłem wszystkie kartoteki!

— I?

— Nie ma żadnego Jezusa. Ani na Syberii, ani w Kazachstanie, ani nawet w Moskwie.

Jedna z sióstr wyszeptała:

— Bo On nie jest z tego świata.

Piotrow aż usiadł.

— Nie z tego świata?

Podrapał się po głowie.

— To jeszcze gorzej. Jak nic… imperialista i dezerter.

Wstał i poprawił pas.

— Będziecie tu czekać. W izolacji. Jak go złapiemy, urządzimy wam taki raj, że lody stopnieją.

Po chwili dodał:

— A potem pójdziecie do pracy przy wycince lasu.

Komunikat radiowy

W radiobudce łagru siedział radiotelegrafista Misza.

Znudził się już nadawaniem wiadomości typu:

„Kołchoz numer trzy wykonał plan w 97 procentach”.

Nagle do środka wpadł Piotrow.

— Towarzyszu Misza! Nadajemy komunikat!

— Co znowu?

— Szukamy Jezusa.

Misza spojrzał na niego powoli.

— To jakiś nowy generał?

— Nie. Mąż czternastu kobiet.

Misza westchnął.

— Aha. Czyli sprawa poważna.

Włączył nadajnik.

Piotrow nachylił się do mikrofonu.

— Halo, halo. Tu łagier numer czternaście. Poszukujemy obywatela Jezusa Chrystusa. Podejrzany o zbiorowe zwodzenie kobiet na imperializm.

Misza wyłączył mikrofon.

Zapadła cisza.

— I co teraz? — zapytał.

— Teraz czekamy — odpowiedział Piotrow z powagą.

— Na co?

— Może odpowie.

Misza wzruszył ramionami.

— A jak się odezwie?

— Przyślemy po niego sanie.

— Albo helikopter.

— W końcu Królestwo Niebieskie to chyba zagranica.

Misza spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

— A jeśli to… postać duchowa?

Piotrow pomyślał chwilę.

— To znaczy?

— Że go nie złapiemy.

Piotrow zamyślił się.

— A więc jednak dezerter.

Następnego dnia w raporcie łagru zapisano:

„Grupa podejrzana o duchową kontrrewolucję. Sprawa w toku.”

A Misza siedział przed barakiem z lornetką i patrzył w niebo.

— Mówię wam — mruknął. — Przybędzie.

— Kto?

— Ten Jezus.

— Na czym?

Misza wzruszył ramionami.

— Jak nie na ośle…to napewno na saniach Dziadka Mroza.

Złota Księga Zakazów
czyli jak godnie żyć… a najlepiej umrzeć w Związku Radzieckim

W naszym łagrze wszystko było bardzo dobrze zorganizowane.

Na początku każdy więzień dostawał do wysłuchania ważny dokument, taką bumagę, czyli Gruby zeszycik bez obrazków.

Za to pełen rzeczy, których robić nie wolno.

Lista była długa i bardzo pouczająca.

Zakaz łowienia ryb w rzece

Bo ryby należą do kolektywu.

A kolektyw, jak wiadomo, jest bardzo głodny i zawsze pierwszy w kolejce.

Poza tym ryba to białko.

A białko jest przeznaczone głównie dla komendanta i dla jego psa.

Zakaz polowania w lesie

Zwierzęta należą do gospodarki planowej związku radzieckiego.

Każdy zając  ma swój numer.

A lis pełni funkcję nieoficjalnego inspektora lasu.

Zjedzenie go mogłoby poważnie naruszyć strukturę fauny socjalistycznej.

Zakaz zbierania drewna

Gałęzie w lesie są zasobem strategicznym.

Gdyby każdy mógł palić drwa…

to kto marzłby w duchu socjalistycznej równości?

Zakaz śpiewania piosenek patriotycznych

Zwłaszcza takich jak „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Bo brzmią zbyt optymistycznie.

A optymizm jest bardzo podejrzany.

Może prowadzić do nadziei.

A nadzieja do kontrrewolucji.

Zakaz sadzenia kartofli

Kartofel jest warzywem strategicznym.

Rośnie w ziemi.

A ziemia należy do ludu.

Czyli do państwa,  to na pewno nie należy do ciebie.

Zakaz zabierania zboża z pola

Zboże jest potrzebne do eksportu.

Nie do jedzenia.

Jedzenie jest sprawą drugorzędną.

Plan pięcioletni — pierwszorzędną.

Zakaz marzeń

Zwłaszcza o chlebie.

O domu.

O cieple.

O rodzinie.

A nawet o czystych skarpetkach.

Bo marzenia prowadzą do myśli.

Myśli prowadzą do pytań.

A pytania prowadzą do bardzo nieprzyjemnych rozmów z NKWD.

Ale za to kilka rzeczy było dozwolonych.

Umierać z głodu — można.

Najlepiej spokojnie i bez hałasu.

Żeby nie zakłócać porządku obozowego.

Leżeć cicho — można.

Oddychać też można.

Ale nie za głośno.

Tlen też jest przecież socjalistyczny.

Wierzyć w system — trzeba.

Bo jak nie wierzysz, to jesteś wrogiem.

A jak wierzysz za bardzo…

to też robisz się podejrzany.

Pewnego dnia Leszek wyrył na desce przy pryczy napis:

„Uwaga.
Żyć zabronione.
Chyba że umierasz z entuzjazmem.”

Strażnicy nie docenili poczucia humoru.

Leszek dostał za to trzy dni izolatki.

Ale napis i tak został.

Bo w łagrze nawet drewno czasem pamiętało prawdę.

Sało Misia Miszy
czyli jak niedźwiedź został bohaterem kuchni socjalistycznej

Zima. Mróz minus czterdzieści.

W baraku ludzie siedzieli przy piecyku, który był piecykiem głównie z nazwy.

Januszek, Leszek i Hans grzali ręce nad glinianą skorupą, z której więcej wychodziło dymu niż ciepła.

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem.

Do środka wpadł Jurij.

Cały w śniegu.

I z miną człowieka, który właśnie odkrył Amerykę.

— Współtowarzysze! — krzyknął.

— Co się stało? — zapytał Leszek podejrzliwie.

— My z Miszą się dziś pożegnali!

Leszek zmrużył oczy.

— Kto to Misza? Twój nowy towarzysz z Partii?

Jurij pokręcił głową z dumą.

— Niedźwiedź!

Hans podniósł brwi.

— Prawdziwy?

— Prawdziwy! Spał sobie w jaskini. Sople mu z nosa wisiały jak dekoracje świąteczne.

Januszek nachylił się bliżej.

— I co?

Jurij zrobił dramatyczną pauzę.

— Siekierka… chlup.

— I?

— I już nie śpi.

Na chwilę zapadła cisza.

Potem Januszek zapytał rzeczowo:

— Co zostało z bohatera syberyjskiej przyrody?

Jurij westchnął.

— Mięsa prawie nic.

— Jak to?

— Mięśnie miał jak więzień po roku w łagrze.

Hans pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Dieta sowiecka.

Jurij podniósł palec.

— Ale tłuszcz…

— Co z tłuszczem?

— Tłuszcz był jak złoto!

W baraku zrobiło się nagle bardzo cicho.

— I co z nim zrobiliście? — zapytał Hans.

Jurij mówił teraz prawie uroczyście.

— Wylaliśmy na śnieg.

— Po co?

— Żeby zamarzł.

— I?

— I teraz mamy zapas zupy.

Hans spojrzał na niego poważnie.

— Jakiej zupy?

Jurij rozpromienił się.

— Zupy z Miszy!

Hans próbował zrozumieć.

— Jak to działa?

— Prosto.

Jurij wyjaśniał jak profesor kuchni obozowej.

— Bierzesz kawałek śniegu z tłuszczem.

— Wrzucasz do garnka.

— Zalewasz kipiatokiem.

— I masz rosół z niedźwiedzia.

Hans pokiwał głową z uznaniem.

— A przyprawy?

Hans wzruszył ramionami.

— Głód.

— Najlepsza przyprawa proletariatu.

Jurij był zachwycony.

— Mówię wam, Misza był bohaterem Związku.

— Jak to?

— On nie umarł.

— To co zrobił?

Jurij uniósł rękę jak mówca na zebraniu.

— Przeszedł w stan skupienia spożywczego.

Wszyscy milczeli chwilę.

W końcu Hans zapytał:

— Tylko jedno mnie dziwi.

— Co?

— Jak z takiego wielkiego niedźwiedzia zostało tyle mięsa co z gołębia?

Jurij zastanowił się chwilę.

Potem powiedział z powagą:

— Bo Misza był patriotą.

— Patriotą?

— Tak.

— Sam siebie wcześniej wytopił z głodu.

— Żeby dla Partii zostało więcej tłuszczu.

— A tłuszcz oddał ludowi.

Hans pokiwał głową.

— To rzeczywiście był gest.

Hans dodał cicho:

— W Związku Radzieckim nawet niedźwiedzie muszą się poświęcać dla planu.

Mama Januszka wycinała codziennie kawał śniegu z tłuszczem Miszy i gotowała na tym rosół z mchem.

I tak Januszek doczekał cudu Śnieżynki, zamiany śniegu w pożywienie.

Wielka Ucieczka

Od wielu miesięcy Leszek znowu przygotowywał plan.

Nie na papierze.

Papier był zbyt luksusowy.

Plan powstawał na korze brzozowej, na ścianach ziemlanki, a czasem nawet w śniegu.

Dopóki śnieg nie stopniał.

Mapa pachniała lasem i wolnością.

Leszek nazwał ją bardzo poważnie:

Brzozowa Mapa Wielkiej Ucieczki.

Instrukcja była prosta.

  1. Udajemy, że idziemy zbierać mech.
  2. Idziemy dalej.
  3. Jeszcze dalej.
  4. I jeszcze trochę dalej.
  5. Znajdujemy pociąg. Albo cud.
  6. Wsiadamy.
  7. Jedziemy do Polski.
  8. Trzymamy się drogi.
  9. Smoków unikamy.
  10. Psy można przekupić.
  11. Idziemy nocą.
  12. W dzień chowamy się w jamach.

Leszek twierdził, że to plan doskonały. Lepszy niz ten w tajdze

Januszek twierdził, że trochę przypomina bajkę.

Ale w łagrze bajki były czasem jedyną mapą.

Most z Zamarzniętych Łez

Zima przyszła jak zawsze.

Zabrała wielu ludzi.

Ale Januszek nadal wierzył w Wielką Ucieczkę.

Przez Most z Zamarzniętych Łez.

To była prawdziwa kładka nad zamarzniętą rzeką.

W obozie mówiono, że wszystkie dzieci, które tam płakały z tęsknoty za domem, zostawiły swoje łzy w wodzie.

A kiedy przychodziła zima…łzy zamarzały i  tworzyły im drogę do domu.

Januszek patrzył czasem na ten most i myślał:

— Może kiedyś i my nim przejdziemy .

Pewnego dnia

Aż pewnego dnia wydarzyło się coś dziwnego.

Do obozu przyszli sołdaci.

I powiedzieli:

— Kto chce walczyć z Niemcem, może wyjść z obozu. Jest wolny.

Słowo wolny zabrzmiało w łagrze jak bajka.

Gdy świat nagle się zmienił

Ja akurat leżałem w szpitalu. Miałem malarię.

Czyli chorobę, która powoduje, że człowiek drży z zimna nawet wtedy, gdy i tak marznie cały czas.

Nagle ktoś zaczął krzyczeć:

— Uwaga! Uwaga!

Wszyscy biegali.

Krzyczeli.

Nikt nie wiedział dokładnie, o co chodzi.

Dopiero później ktoś powiedział:

— Niemcy napadli na Związek Radziecki.

I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Polacy w łagrze… ucieszyli się.

Bo kiedy dwaj wielcy wrogowie zaczynają się bić, to czasem otwiera się mała szczelina dla tych, którzy siedzą pomiędzy nimi.

Niespodziewane ogłoszenie

Pewnego dnia wszystkie polskie kobiety wywołano za bramę posiołka.

Przyszedł naczelnik.

Stanął poważnie.

I zaczął czytać pismo.

Dowiedzieliśmy się, że rząd generała Sikorskiego podpisał umowę z rządem sowieckim.

Że powstanie polska armia.

Że będzie walczyć razem z Armią Czerwoną przeciw Niemcom.

I że wobec Polaków zostanie zastosowana amnestia.

Słowo „amnestia” brzmiało trochę dziwnie.

Bo żeby dostać amnestię, trzeba najpierw być winny.

A my nie bardzo wiedzieliśmy, co właściwie zrobiliśmy.

Przemówienie naczelnika

Naczelnik mówił dalej:

— Obywatelki polskie, wyjdziecie na wolność.

— Będziecie pomagać narodom Związku Radzieckiego w walce z Niemcami.

— Teraz trwa walka o chleb dla wojska.

— Dlatego zanim opuścicie obóz, musicie dobrze pracować.

— I cierpliwie czekać.

Czyli w skrócie:wolność jest już prawie gotowa,trzeba tylko jeszcze trochę popracować.

Niedowierzanie

Rosjanki w posiołku kręciły głowami.

— To nieprawda — mówiły.

— Nie wypuszczą was.

— Przeniosą was tylko do innego obozu.

My pytaliśmy:

— Jak to? Nie wierzycie własnej władzy?

Na to Rosjanki patrzyły na nas tak, jakbyśmy właśnie odkryli Amerykę.

Amnestia

Kiedy w końcu ogłoszono amnestię, oddano nam część listów, które wcześniej zatrzymała cenzura.

Listy, które podróżowały przez lata.

Niektóre od ludzi, którzy już nie żyli.

Opuszczamy krainę Dziadka Mroza

Mama nie czekała ani chwili.

Z ziemniaka zrobiła pieczątkę.

Z guzika — stempel.

I nagle okazało się, że ma więcej dzieci.

Januszka.

Leszka.

Otta.

I Gretę.

Wszystkie wpisane w dokument.

— A gdzie nas teraz wiozą? — zapytał Leszek.

Mama wzruszyła ramionami.

— Do Teheranu.

— Do Indii.

— Do Afryki.

— A potem i choćby na księżyc.

— Byle dalej stąd.

Zaczęła się wielka wędrówka.

Ruszyliśmy  na południe.

Do armii generała Andersa.

Do wolności.

Albo przynajmniej w jej stronę.

Jechało się wszystkim, czym się dało.

Pociągami.

Wozami.

Na osłach.

Na wołach.

Na wielbłądach.

A czasem po prostu pieszo.

Przez tajgę.

Przez step.

Przez świat.

Droga pełna chaosu

Wielu ludzi ruszyło bez planu.

Na oślep.

Do Uzbekistanu.

Do miast, gdzie nie było pracy ani jedzenia.

Tysiące ludzi ginęły po drodze.

Zwłaszcza dzieci i starcy.

Bo podróż była prawie tak ciężka jak życie w łagrze.

I wtedy my z Leszkiem zrozumieliśmy,  dlaczego nasze dwie ucieczki sie nie powiodły.

Nasza podróż

My mieliśmy wózek.

I osiołka.

Dojechaliśmy nim do torów kolejowych.

I czekaliśmy.

Na pierwszy pociąg.

Potem żyliśmy głównie na kipiatoku.

Czyli wrzątku.

I na liściach malin.

Pociąg

Pociąg zatrzymywał się bez zapowiedzi.

I ruszał bez ostrzeżenia.

Trzeba było bardzo uważać.

Bo kto się spóźnił, ten zostawał.

Pewnego razu wyszliśmy napić się wody.

Nagle pociąg ruszył.

Pamiętam tylko zamieszanie.

Ktoś mnie podniósł.

I wrzucił do wagonu.

Najpierw mnie.

Potem Leszka.

Potem mamę.

A na końcu sam wskoczył.

Tak właśnie wyglądało nasze opuszczenie krainy Dziadka Mroz

Droga do wolności

Powiedziano nam, że teraz pojedziemy dalej.

Tym razem już nie na północ.

Nie do tajgi.

Tylko na południe.

Do miejsca o dziwnej nazwie Krasnowodzk.

A stamtąd statkami przez Morze Kaspijskie.

Do Persji.

Brzmiało to trochę jak bajka.

Bo w łagrze słowo „statek” kojarzyło się raczej z opowieściami z książek niż z prawdziwym życiem, a Persja z bajką Szeherezady.

Pociąg marzeń

Znów pojawił się pociąg.

Długi.

Towarowy.

Ale tym razem nikt nie płakał.

W wagonach było słychać śmiech.

I piosenki.

To był chyba najweselszy pociąg, jaki kiedykolwiek przejechał przez Związek Radziecki.

Bo wiózł ludzi w stronę wolności.

Nie wiedzieliśmy, dokąd dokładnie jedziemy.

Ale wiedzieliśmy jedno: będzie lepiej niż tam, skąd wyjechaliśmy.

Choć była też jedna smutna rzecz.

Nie wszyscy mogli wsiąść.

Nie wszyscy zdążyli.

Nie wszyscy przeżyli.

Podróż według radzieckiego rozkładu

Podróż odbywała się według bardzo ciekawej zasady.

Krótka jazda.

Długi postój.

Czasem kilka godzin.

Czasem pół dnia.

Pociąg zatrzymywał się.

Staliśmy.

Potem znów ruszał.

Jakby sam nie był pewien, czy naprawdę chce nas wypuścić z tego kraju.

Krasnowodzk… prawie

W końcu ktoś powiedział:

— Krasnowodzk!

Wszyscy zaczęli wyglądać przez okna.

Ale pociąg zatrzymał się…dziewięć kilometrów przed miastem.

Bo przecież gdyby zatrzymał się przy samym porcie, to byłoby zbyt proste.

Obóz przejściowy

Znowu trafiliśmy do obozu. Tym razem do obozu przejściowego.

Można było tam: zmoknąć na deszczu, pilnować swoich worków, żeby ktoś ich nie zamienił na inne, sprawdzić dokumenty, i wyrzucić wszystko, co mogło wyglądać zbyt radziecko.

Niektórzy palili stare fotografie.

Inni pozbywali się rubli.

Bo po drugiej stronie morza miały już niewielką wartość.

Droga do portu

Potem trzeba było dojść do portu.

Dziewięć kilometrów.

Z całym dobytkiem.

Z tobołkami.

Z workami.

Z dziećmi.

I ze zmęczeniem wielu lat.

A jednak wszyscy szli.

Powoli.

Ale szli.

Bo port był coraz bliżej.

Najdroższa woda świata

W Krasnowodzku było jedno wielkie nieszczęście.

Nie było wody.

Ludzie byli spragnieni.

Tak bardzo, że kupowali wodę nawet za złoto.

Bo złoto bez wody nie pomaga zbyt długo.

Morze

W końcu wsiedliśmy na statek.

20 sierpnia 1942 roku.

Statek ruszył.

Morze Kaspijskie było ogromne.

Ale tym razem nikt się go nie bał.

Bo po drugiej stronie była Persja.

Miasto Pahlevi.

A za nim świat.

Nowy świat

Kiedy dopłynęliśmy do brzegu, ludzie płakali. Ze szczęścia.

Bo pierwszy raz od dawna zobaczyli prawdziwy świat.

Świat bez drutów.

Bez strażników.

Bez łagru.

I nikt wtedy nie myślał o tym, że z Persji do Polski jest jeszcze bardzo daleko.

Bo wszyscy wiedzieli jedno: z Rosji było o wiele dalej, mimo, że graniczyła z Polską

Persja – czyli nagle świat wrócił

Na przełomie marca i kwietnia 1942 roku do portu w Pahlevi zaczęły przypływać statki.

Nie z towarem.

Nie z rybami.

Tylko z ludźmi.

Z żołnierzami Armii Andersa i z tysiącami uchodźców.

Wśród nich było mnóstwo dzieci.

Takich jak my.

Przez kilka miesięcy to małe perskie miasteczko stało się wielką poczekalnią dla ludzi,

którzy właśnie uciekli z krainy Dziadka Mroza.

Zmywamy wspomnienia Syberii

Ale zanim pozwolono nam poczuć się wolnymi ludźmi, Anglicy zabrali się za nas bardzo energicznie.

Bo przywieźliśmy z Rosji coś jeszcze.

Nie tylko wspomnienia.

Przywieźliśmy tyfus i wszy.

Najpierw więc dezynfekcja.

W jednej izbie oddawaliśmy nasze rzeczy.

W drugiej pojawiali się fryzjerzy.

I zaczynało się wielkie strzyżenie.

Włosy spadały na ziemię.

Natychmiast je palono.

Starsze dziewczęta płakały, jakby szły na egzekucję.

Bo po latach w tajdze i w stepie włosy były ich ostatnią ozdobą.

Ale lekarze byli nieubłagani.

Łysa głowa to najlepsza broń przeciw wszy.

Nowe ubrania

Potem otwierano wielkie worki z darami.

Podobno z Ameryki.

Wysypywały się z nich ubrania.

Buty.

Swetry.

Rzeczy, których wielu z nas nie widziało od lat.

Mama próbowała mnie ubrać.

— Janusz, wciągnij brzuszek — prosiła.

Ale brzuszek nie chciał słuchać.

Był spuchnięty z głodu.

Sterczał jak mały balon nad cienkimi nogami.

Zapadnięta klatka piersiowa.

Chude ręce jak zapałki.

Łysa głowa.

Jeden z lekarzy spojrzał na nas i powiedział cicho:

— To nie dzieci… to ruiny.

Plaża pełna namiotów

Na plaży w Pahlevi powstał ogromny obóz.

Namioty stały w jednym długim rzędzie.

Prawie trzy kilometry.

Morze szumiało obok.

Czasem mogliśmy się w nim kąpać.

Dla dzieci z Syberii to była prawie magia.

Po raz pierwszy od lat widzieliśmy wodę, która nie była lodem.

Jedzenie – nowy problem

Jedzenia było dużo, za dużo.

Daktyle.

Konserwy.

Chleb.

I właśnie wtedy pojawił się nowy kłopot.

Po latach głodu ludzie zaczynali jeść za dużo.

I chorowali.

Czasem nawet umierali z przejedzenia.

Mama pilnowała nas bardzo.

— Powoli — mówiła.

— Brzuch też musi się nauczyć znowu żyć.

Droga do Teheranu

Po miesiącu kazano nam jechać dalej.

Do Teheranu.

Pociągiem, ciężarówkami.

Przez góry Elbrus.

Droga była piękna.

I przerażająca.

Serpentyny nad przepaściami.

Na dole widać było wraki samochodów.

Perscy kierowcy jechali bardzo odważnie.

Może nawet za bardzo.

Dzieci krzyczały.

Niektórzy wymiotowali.

Ale widoki zapierały dech.

Nagie góry.

Palmy w dolinach.

Małe wioski wykute w skałach.

Teheran

W Teheranie było kilka polskich obozów.

Bardzo dużych.

Po kilka tysięcy ludzi w każdym.

Najwięcej było kobiet i dzieci.

Pełne rodziny zdarzały się rzadko.

Bo wielu ojców zostało w Rosji.

Albo w grobach rozsianych po tajdze.

W obozach działały szpitale.

Lekarze mieli pełne ręce pracy.

Bo wielu ludzi nie wytrzymało drogi.

Nasz pociąg sie wykoleił i Leszek bardzo zraniony też przeleżał w szpitalu w Teheranie

Powrót do życia

Powoli zaczęto organizować szkoły.

Najpierw lekcje odbywały się na podwórkach.

Potem w barakach.

Po latach przerwy dzieci znów uczyły się czytać i pisać.

Pierwszy koncert

Pewnego dnia ktoś zaprosił nas na koncert.

Śpiewała Hanka Ordonówna. W wielkim kapeluszu. Śpiewała polskie piosenki.

Żołnierskie.

Ludowe.

Wielu ludzi płakało.

Bo pierwszy raz od lat ktoś śpiewał w naszym języku.

Nie z radia.

Nie z pamięci.

Tylko naprawdę.

Spotkania

Teheran był jak wielki dworzec.

Ludzie spotykali tam znajomych z różnych etapów tułaczki.

Z wagonów.

Z tajgi.

Z Kazachstanu.

Z Uzbekistanu.

Czasem ktoś odnajdywał kogoś bliskiego.

Czasem tylko wspomnienie.

Tak kończyła się jedna podróż.

Ta z Syberii.

A zaczynała się następna.

Bo choć byliśmy już w świecie ludzi, to do domu było jeszcze bardzo daleko.

Teheran – czyli trochę normalności

W Teheranie życie nagle zrobiło się… prawie normalne.

Po latach tajgi i łagrów było to uczucie bardzo dziwne.

Czasem nawet wesołe.

Organizowano ogniska harcerskie.

Były przedstawienia.

A nawet wycieczki po mieście.

My z mamą też pojechałyśmy na jedną z takich wypraw.

Zwiedziliśmy kawałek Teheranu.

Najbardziej zapamiętałem muzeum perskie.

Pełne dziwnych przedmiotów i historii, które były tak stare, że nasze syberyjskie przygody wydawały się przy nich bardzo młode.

Mały kościół w wielkim mieście

Prawie w każdą niedzielę jechaliśmy do miasta.

Na Mszę.

Był tam mały francuski kościółek.

Maleńki.

Ale piękny.

Jeden z polskich księży odprawiał tam Mszę dla nas wszystkich.

Po latach ciszy i strachu śpiewanie polskich pieśni w takim miejscu brzmiało jak powrót do domu.

Choć dom był jeszcze bardzo daleko.

Nowa podróż

Tak minęła zima.

A kiedy przyszła wiosna, powiedziano nam, że znów jedziemy dalej.

Tym razem do Awhazu.

Miasta położonego niedaleko Zatoki Perskiej.

Czyli znowu droga.

Znowu pakowanie.

Znowu podróż w nieznane.

Ale po doświadczeniu Syberii już nic nie wydawało się tak straszne.

Na morze

Z Zatoki Perskiej popłynęliśmy małymi statkami.

Najpierw do Karaczi w Indiach.

Potem przez Ocean Indyjski.

Celem była Afryka.

Dla wielu z nas brzmiało to jak nazwa z książek podróżniczych.

Niebezpieczna podróż

Morze jednak nie zawsze było spokojne.

Na oceanie krążyły niemieckie okręty podwodne.

Może nawet japońskie.

Nikt nie był tego pewien.

Pewnego dnia rozeszła się plotka, że wykryto łódź podwodną.

Wokół naszego statku pojawiły się inne okręty.

Samoloty krążyły nad wodą.

Większość pasażerów niewiele o tym wiedziała.

Dzieci patrzyły raczej na fale i na dziwne ryby, które czasem wyskakiwały nad wodę jakby latały.

Bo nawet ocean chciał pokazać nam coś niezwykłego.

Indie – przystanek w drodze

W końcu dopłynęliśmy do Bombaju.

Potem do Karaczi.

Tam znajdował się ogromny obóz przejściowy.

Pustynia.

Kurz.

Namioty.

Czekaliśmy tam prawie dwa miesiące.

Na kolejny statek.

Na dalszą drogę.

Na pozwolenie, żeby płynąć dalej.

Szkoła na końcu świata

Dla dorosłych życie w obozie było trochę nudne.

Ale nauczyciele nie pozwalali nam się nudzić.

Natychmiast zorganizowali szkołę.

Każdy nauczyciel miał swoją grupę uczniów.

A kto chciał się uczyć, mógł po prostu do niej dołączyć.

Tak więc na pustyni, daleko od Polski, znów pojawiły się lekcje.

Decyzja mamy

Mama długo się nie zastanawiała.

Kiedy zapytano, kto chce jechać do Afryki, zgłosiła się od razu.

Bo po Syberii Afryka wydawała się niemal rajem.

W stronę Afryki

W połowie sierpnia 1942 roku znów weszliśmy na statek.

Tym razem naprawdę płynęliśmy do Afryki.

Przez Zatokę Perską.

Przez Morze Arabskie.

Przez ogromny Ocean Indyjski.

Po drodze zobaczyliśmy coś niezwykłego.

Przekroczyliśmy równik.

Marynarze mówili, że tam jest „pas ciszy”.

Morze było spokojne.

Jakby nawet fale chciały odpocząć.

Chwile grozy

Ale nie zawsze było spokojnie.

Pewnego dnia znów pojawiło się zagrożenie.

Mówiono o wrogiej łodzi podwodnej.

Natychmiast wokół naszego statku pojawił się konwój.

Okręty.

Samoloty.

Gotowe do walki.

Do tragedii jednak nie doszło.

Statek płynął dalej.

A my patrzyliśmy na horyzont.

Bo gdzieś tam, po drugiej stronie oceanu, czekała Afryka.

I kolejny rozdział naszej niezwykłej podróży.

Afryka – pierwszy krok na nowym lądzie

Po wielu tygodniach podróży przez ocean w końcu zobaczyliśmy ląd.

Nie był to już Iran.

Nie Indie.

Przed nami była Afryka.

Statek wpłynął do portu w Mombasie w Kenii.

Wtedy była to jeszcze kolonia brytyjska.

Dla nas jednak była to po prostu pierwsza ziemia naprawdę wolna od łagrów.

Najdziwniejsze powitanie

Kiedy zeszliśmy na ląd, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Anglicy przygotowali nam powitanie.

Grano hymn brytyjski.

A zaraz potem hymn polski.

Po latach ciszy i strachu słuchanie „Jeszcze Polska nie zginęła” na drugim końcu świata

brzmiało jak cud.

Niektórzy ludzie płakali.

Bo jeszcze niedawno mówiono nam w łagrze, że Polska już nie istnieje.

Pierwszy raz w Mombasie

I tu zobaczyłem coś dziwnego.
Przez chwilę widział emtylko białe zęby i  białe spodnie.

Reszta jakby zniknęła.

Jakby znowu dopadła go kurza ślepota.
Tylko że to nie był wieczór.
Nie było ciemno.
Było jasno, gorąco i kolorowo.
Mrugnąłęm kilka razy.
Przetarłem oczy.
Ale dalej najpierw widziałęm zęby.
Potem spodnie.
A dopiero potem człowieka.

Stałem i gapiłem się tak długo, aż mama lekko dotknęła go ramienia.

— Januszku, to tubylec. Mieszkaniec Afryki.

Dla mnie do tej pory Masajowie, Murzyni, Afryka — to wszystko było  jak z bajki.
Jak ze świata, który mieszkał tylko w książce o Stasiu i Nel.
Tacy byli tylko papierowi.
Tacy z opowieści.

A tu nagle jeden stał naprawdę.
Żywy.
Uśmiechnięty.
W słońcu.

I to było bardzo dziwne uczucie.
Jakby ktoś wyjął postać z bajki i postawił ją na ulicy.

Serce zabiło mi szybciej.

— Oczywiście, bo ten prawdziwy.

Bo człowiek czasem myśli, że jeśli coś było tylko w książce, to takie już zostanie.
A potem nagle okazuje się, że świat jest większy niż wszystkie opowieści.

Mężczyzna przeszedł obok nich spokojnie.
Miał mocne nogi, prostą sylwetkę i oczy błyszczące tak samo jak zęby.
Januszek odprowadzał go wzrokiem.

— To Masaj? — zapytał cicho.

Nie wiedział.
Może tak.
Może nie.
Dla niego przez chwilę każdy czarny człowiek był trochę z tej książki.
Trochę z Afryki wymyślonej.
I trochę z tej prawdziwej, która właśnie stanęła przed nim.

Jeszcze długo potem o tym myślał.
Że w tajdze człowiek widział tylko śnieg.
W Kazachstanie tylko step.
A tutaj nagle zobaczył świat zupełnie inny.
Tak inny, że aż oczy nie nadążały.

I chyba dlatego najpierw zobaczył tylko białe zęby i białe spodnie.
Bo czasem, kiedy coś jest całkiem nowe, wzrok chwyta się najjaśniejszych rzeczy.
Resztę serce musi zrozumieć dopiero później.

Najgorętsze przywitanie świata

Do Mombasy dopłynęliśmy w połowie grudnia 1942 roku.

W Afryce równikowej grudzień oznacza jedno:

upał.

Po latach syberyjskiego mrozu to było prawie szokujące doświadczenie.

Jeszcze niedawno walczyliśmy z temperaturą minus czterdzieści.

A teraz nagle słońce grzało tak mocno, że człowiek nie wiedział, czy ma się cieszyć, czy schować w cień.

Polska w Afryce

Na nabrzeżu czekał na nas przedstawiciel polskiego rządu z Londynu.

Delegat Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej.

To była wtedy najwyższa polska władza, jaką mogliśmy spotkać tak daleko od Europy.

Objął opiekę nad wszystkimi uchodźcami.

Bo choć byliśmy w Afryce, to wciąż byliśmy obywatelami kraju, który walczył o przetrwanie.

Nowe życie

Wielki transport uchodźców podzielono na grupy.

Jedni jechali do specjalnie tworzonych osiedli.

Inni — ci, którzy mieli już przydzieloną pracę —pojechali do Nairobi.

To była stolica Kenii.

Tam znajdowała się polska delegatura.

Dla wielu ludzi był to początek zupełnie nowego życia.

Po latach tajgi, po łagrach, po głodzie i mrozie, Polacy nagle znaleźli się wśród palm, słońca i zupełnie innego świata.

I choć Polska była wciąż bardzo daleko, to pierwszy raz od dawna można było pomyśleć, że przyszłość może jednak istnieć.

Afryka po polsku

Kiedy już człowiek przeżył Syberię, Persję, statki, wszy, tyfus i ciężarówki nad przepaściami, wydawało się, że nic go nie zdziwi.

A jednak Afryka dawała radę.

Najpierw był pociąg.

Ale nie taki jak dawniej.

Nie bydlęcy.

Nie z dziurą w podłodze i gwoździami do lizania.

Tylko prawdziwy pociąg z oknami.

I to był chyba pierwszy luksus, który naprawdę zapamiętaliśmy.

Bo można było siedzieć i po prostu patrzeć.

A było na co.

Pociąg przez zoo Pana Boga

Za oknami przesuwała się sawanna.

Nie taka z obrazka.

Prawdziwa.

Zebr było tyle, jakby ktoś wysypał na trawę rozsypane pasiaste koce.

Żyrafy wyglądały, jakby zapomniały, że mają być rozsądnie zbudowane.

Antylopy biegały lekko, jakby w ogóle nie znały słowa „łagier”.

A słonie stały przy torach z miną urzędników, którzy sprawdzają, czy pociąg ma prawo tędy jechać.

Czasem w cieniu drzewa leżał lew.

Po prostu.

Jakby to on był gospodarzem, a my tylko gośćmi.

Raz przed wieczorem stado siedmiu żyraf zatrzymało nasz pociąg.

Maszynista musiał czekać.

Bo żyrafy najwyraźniej uznały, że rozkład jazdy jest ważny, ale nie aż tak.

W końcu to był ich rezerwat.

My tylko przez niego przejeżdżaliśmy.

Koja – polska wieś nad Jeziorem Wiktorii

Po dwóch czy trzech dniach przesiedliśmy się do ciężarówek.

Potem jeszcze kawał drogi.

I tak trafiliśmy do Koji.

Polskiego osiedla w Ugandzie, niedaleko Kampali i Jeziora Wiktorii.

Brzmiało to tak nieprawdopodobnie, że gdyby ktoś powiedział to wcześniej w tajdze, uznano by go za wariata.

Polska wieś.

W Afryce.

Z kościołem.

Ze szkołą.

Ze sklepem.

I z lepiankami krytymi trawą.

Osiedle wyglądało trochę jak kopuła albo wzgórze z rozchodzącymi się uliczkami.

Na samym szczycie stał kościółek.

Od niego w dół biegły drogi.

Po bokach domki.

A za wszystkim — wielkie jezioro.

Brzmiało prawie jak bajka.

Tylko że w jeziorze były krokodyle.

Czyli jednak bajka afrykańska, nie europejska.

Domki, węże i inni goście

Nasze domki były z gliny, kryte trawą słoniową.

Całkiem ładne.

Niektórzy mówili, że przypominają wiejskie chaty.

Tylko w polskiej wsi rzadziej spada człowiekowi na stół kolorowy wąż.

A w Koji — zdarzało się.

Czasem nocą nad dachem biegały jakieś dzikie stworzenia.

Czasem obok rosły kopce termitów.

Czasem człowiek odkrywał, że baobab jest tak gruby, iż potrzeba siedmiu ludzi, żeby go objąć.

I wszystko to przyjmowaliśmy już prawie spokojnie.

Bo po Syberii człowiekowi nawet wąż wydawał się mniej groźny niż komendant.

Afrykańska elegancja

W Koji obowiązywały też przepisy.

Po godzinie osiemnastej trzeba było nosić długie rękawy i długie spodnie.

Nie z powodu moralności.

Z powodu malarii.

Komary były tam małe, ale pracowite.

Dziewczęta wyglądały przez to bardzo malowniczo.

Jedne chodziły w różowych spodniach w kwiatki, bo innego materiału akurat nie było.

Harcerki z Koji nosiły białe mundurki.

Uszyte z marynarskiego płótna, które można było gotować.

I to chyba był jedyny mundur na świecie, który jednocześnie nadawał się na apel i do prania we wrzątku.

Polska organizacja w środku Afryki

Osiedle rosło szybko.

Po nas przyjeżdżali następni.

W końcu mieszkało tam dwa i pół tysiąca ludzi.

Prawie same kobiety i dzieci.

I nagle okazało się, że Polki potrafią wszystko.

Zbudowano szkołę.

Szpital.

Kościółek.

Zakład krawiecki.

Warsztat skórzany.

Świetlicę.

Mama najpierw kierowała brygadą budowlaną.

A potem szyła walizki i uczyła w szkole.

Bo w polskim osiedlu w Afryce nawet walizka musiała być porządna.

Dzieci chodziły do szkoły.

Czasem przerabiały po dwie klasy rocznie, jakby chciały nadrobić cały Związek Radziecki jednym zeszytem.

Powstało nawet gimnazjum o pięknej nazwie:

Koedukacyjne Gimnazjum Ogólnokształcące w Koja – Uganda – Afryka Wschodnia.

Brzmi prawie jak żart geografii.

Ale istniało naprawdę.

Jezioro, do którego nie wolno było wchodzić

Jezioro Wiktorii było ogromne.

Piękne.

I bardzo zdradliwe.

Kąpiel była zakazana.

Bo w wodzie było pełno krokodyli.

Jeden z chłopców zginął.

Pożarł go krokodyl.

Potem krokodyla złapano.

Ale to niewiele zmieniało.

Bo innych krokodyli było tam aż nadto.

Później zrobiono ogrodzone kąpielisko.

Czyli człowiek mógł się kąpać, ale z poczuciem, że po drugiej stronie ogrodzenia ktoś bardzo cierpliwie czeka na błąd.

Malaria, czyli afrykański komendant

Mimo wszystkich przepisów malaria i tak dopadała ludzi.

Mnie brała do szpitala wielokrotnie.

Ktoś inny miał szkarlatynę, choć Anglicy twierdzili, że szkarlatyna w tropikach nie występuje.

Więc lekarze przychodzili oglądać chorego jak jakiś egzotyczny okaz.

Wniosek był prosty:

Polacy nawet choroby przywozili nietypowe.

Harcerstwo na sawannie

Większość dzieci należała do zuchów albo harcerstwa.

Były zbiórki.

Piosenki.

Podchody.

Sprawności.

Krzyż harcerski na mundurku i lilijka na rękawie były wielką dumą.

Litery ONC — Ojczyzna, Nauka, Cnota traktowaliśmy całkiem poważnie.

Choć czasem bardziej jako zobowiązanie niż wygodę.

W wakacje organizowano obozy harcerskie.

Namioty harcerek osobno, harcerzy osobno.

Były wspólne ogniska, dyżury w kuchni, nocne warty i podchody po sztandar.

Brzmi sielsko.

Dopóki człowiek nie usłyszy, że gdzieś w pobliżu chodzą słonie albo nosorożce.

Raz rzeczywiście słonie przyszły nocą do obozu.

Na szczęście nikogo nie zadeptały.

Można więc uznać, że zachowały się po harcersku.

Kino pod drzewem

Była też świetlica YMCA.

Tam stało radio.

Były gry: szachy, warcaby, chińczyk.

Były gazety.

I mała biblioteczka.

Tam czytało się „Potop”, „Pana Wołodyjowskiego” i „W pustyni i w puszczy”.

Niektórym to ostatnie pasowało szczególnie.

Bo nagle okazało się, że sami żyjemy trochę jak bohaterowie tej książki.

Było też kino.

Ekran pod drzewami.

Ławki na świeżym powietrzu.

Filmy Disneya.

Tarzan.

Shirley Temple.

A na końcu nawet „Znachor” i „Profesor Wilczur”.

Niewiele rozumieliśmy z angielskich dialogów.

Ale i tak wszyscy oglądali z zachwytem.

Bo po latach łagru nawet kino bez zrozumienia było cudem.

Święta i biało-czerwony sztandar

Święta kościelne i państwowe obchodziliśmy bardzo uroczyście.

Procesje wieczorem, przy świecach, po pagórkach osiedla.

Tysiące ludzi śpiewały i modliły się o powrót do Polski.

To musiał być niezwykły widok.

Polski tłum z zapalonymi świecami pośrodku Afryki.

Czasem bywały też kłopoty.

Raz harcerki wywiesiły biało-czerwony sztandar.

Brytyjskie władze uznały, że to sprawa bardzo skomplikowana.

Bo przecież Polska oficjalnie nie była na mapie tak, jak powinna.

I zrobiła się awantura o flagę.

Jak widać, nawet na drugim końcu świata sztandar potrafił być groźniejszy niż lew.

Podróże po Afryce

Poza Koją były inne osiedla.

Masindi.

Tengeru.

Ifunda.

Kidugala.

Rongai.

Każde inne.

W jednych było wilgotno i malarycznie.

W innych chłodniej i górzyściej.

W Tengeru widać było Kilimandżaro.

Wieczorem różowe, rano srebrzyste.

Prawie jak pocztówka od Pana Boga.

Gdzie indziej były pola kukurydzy, plantacje kawy, mango, banany i papaje.

W porównaniu z tajgą wyglądało to wszystko jak przesada.

Afrykańskie przygody komunikacyjne

Podróżowanie po Afryce też miało swoje uroki.

Czasem ciężarówką.

Czasem awionetką dla pięciu osób.

Czasem z kierowcą Hindusem.

Czasem z wrzeszczącymi murzynkami na pace.

Czasem przez pustynię, gdzie nocą w pobliżu hotelu rozbijającego się z namiotów kręcił się lew.

Tak, siostry zakonne też tam były.

Jak zwykle.

I jak zwykle wiedziały lepiej, gdzie człowiek powinien spać.

Najlepiej w środku obozu.

Bo na brzegu mógł przyjść lew i zabrać lokatora.

Nareszcie spokój

A jednak, mimo malarii, krokodyli, węży, termitów, upału i komarów, było tam coś, czego wcześniej nie mieliśmy.

Poczucie bezpieczeństwa.

Nikt nie budził nas kolbą o trzeciej nad ranem.

Nikt nie mówił, że Polska przestała istnieć.

Nikt nie liczył kromek tak, jak w łagrze.

Po raz pierwszy od bardzo dawna człowiek mógł pomyśleć o jutrze nie jak o zagrożeniu, tylko jak o zwyczajnym dniu.

I to był chyba największy cud Afryki.

Nie zebry.

Nie żyrafy.

Nie Kilimandżaro.

Tylko to, że po tylu latach strachu można było znowu po prostu żyć.

Wieści z Polski i wielkie pytanie: wracać czy nie wracać

Do Afryki wiadomości z Polski docierały z opóźnieniem, ale kiedy już docierały, potrafiły człowieka przewrócić od środka bardziej niż malaria.

Pamiętam wieczór w obozie przejściowym Morogoro.

Przez radio usłyszeliśmy o upadku Powstania Warszawskiego.

A ja miałam następnego dnia jechać z harcerzami na kurs instruktorski

Wieczorem miało być jeszcze ostatnie ognisko.

Wesoła gawęda.

Piosenki.

Harcerstwo.

Tylko że po takich wiadomościach bardzo trudno opowiadać cokolwiek pogodnym głosem.

Bo jak tu mówić o nadziei przy ogniu, kiedy w głowie pali się Warszawa?

Kamienie, które przyszły aż do Afryki

Do naszych osiedli dotarły też „Kamienie na szaniec”.

Jeszcze pod pseudonimem.

Bo tylko ktoś, kto naprawdę zna harcerzy, umie o nich pisać tak, że człowiek od razu prostuje plecy.

Ta książka działała na nas jak list z kraju.

Z kraju, którego nie widzieliśmy od lat.

Ale który nagle znowu był blisko.

W słowach.

W imionach.

W pamięci.

Konkurs polonistyczny na końcu świata

Władze szkolne w Londynie ogłosiły konkurs dla polskich szkół na uchodźstwie.

Tematy były piękne i groźne zarazem:

— Czym chcę być w życiu
— Moje wspomnienia z ojczystego kraju
— List do żołnierza Armii Krajowej

Jak widać, nawet na afrykańskiej ziemi Polakowi nie pozwalano zapomnieć, kim jest.

I bardzo dobrze.

Bo z człowieka można zdjąć buty, ostrzyc go do gołej skóry, wsadzić do baraku i wysłać przez pół świata.

Ale jeśli jeszcze pamięta własny język i własne historie, to nie wszystko stracone.

Wracać czy nie wracać

Po wojnie przyszło wielkie pytanie.

Może nawet większe niż wszystkie krokodyle, malarie i transporty razem wzięte.

Wracać do Polski czy nie wracać?

Niby odpowiedź powinna być prosta.

Polska to dom.

Ojczyzna.

Groby przodków.

Język.

Kościół.

Wspomnienia.

Ale świat po wojnie nie był prosty.

Mówiono, że ziemie na zachodzie są niemieckie, obce i niepewne.

Że nie wiadomo, jak długo będą polskie.

Że domy są zaminowane.

Studnie zatrute.

Miasta zrównane z ziemią.

Że człowiek pojedzie do Polski i zaraz będzie musiał z niej znowu uciekać.

Niektórzy wierzyli, że Zachód jeszcze wypowie wojnę Sowietom i wszystko się odwróci.

Czyli, jak to zwykle bywa po wielkich katastrofach, ludzie trzymali się nadziei, plotek i strachu jednocześnie.

Mama liczyła bardziej niż politycy

Ale dla mamy najważniejsza była nie wielka polityka.

Tylko zwykła, twarda bieda.

Bała się, że poginiemy po drodze.

Z głodu.

Z chłodu.

Bo przecież nie mieliśmy prawie nic.

Żadnych porządnych zapasów.

Żadnych wielkich walizek.

Żadnego majątku.

Po tylu latach tułaczki człowiek miał głównie dzieci, kilka rzeczy i wielki lęk przed kolejną podróżą.

Mama drżała, że szeroki świat połknie nas jeszcze raz.

I dlatego nie wróciliśmy wtedy do Polski.

Propaganda na odwrót

Zwykle propaganda namawiała ludzi, żeby gdzieś jechali.

Albo żeby coś kochali.

Albo żeby czegoś nienawidzili.

A tym razem pojawiła się propaganda… za niewracaniem.

Za zostaniem dłużej w Afryce.

Za przeczekaniem.

Za tym, żeby nie pchać się od razu z powrotem w nieznane.

Bo czasem nie wraca się do ojczyzny dlatego, że się jej nie kocha.

Tylko właśnie dlatego, że kocha się ją tak bardzo, iż człowiek boi się zobaczyć, co z niej zostało.

Wyjazdy

Pierwszy większy transport do Polski wyjechał z Tengeru 12 sierpnia 1946 roku.

Siedemset osób.

Potem wyjeżdżali kolejni.

Pojedynczo.

Małymi grupami.

Do Polski.

Do Anglii.

Do rodzin w innych krajach.

Każdy wybierał własny kawałek przyszłości.

Albo raczej: ten kawałek przyszłości, który akurat dało się złapać.

Mombasa po raz ostatni

Na statek w porcie Mombasa trzeba było czekać półtora miesiąca.

Czyli jeszcze trochę afrykańskiego czasu.

Jeszcze trochę pakowania.

Jeszcze trochę pożegnań.

Jeszcze trochę patrzenia na palmy i myślenia, że to dziwne, jak bardzo można przywyknąć nawet do miejsca, które kiedyś wydawało się końcem świata.

A potem przyszła chwila odjazdu.

Moja afrykańska przygoda dobiegła końca.

W 1946 roku wyjechaliśmy do Anglii.

I tak zakończyła się kolejna część tej bajki.

Nie tej słodkiej.

Nie tej z księżniczką.

Tylko tej prawdziwej.

W której dziecko najpierw jedzie do krainy Dziadka Mroza, potem przez Persję, Indie, i Afrykę,a na końcu uczy się jednego:że dom to nie zawsze miejsce, czasem to tylko pamięć, język i ludzie, których udało się ocalić.

Koniec bajki

I tak kończy się ta bajka.

Bajka o krainie Dziadka Mroza.

Nie ma w niej księżniczek.

Nie ma smoków.

Są tylko dzieci, które próbowały z mchu zrobić zupę.

Z pierza zrobić poduszkę.

A z marzeń zrobić skrzydła.

Januszek trafił potem do prawdziwej bajki.

Do Afryki.

Gdzie słońce było ciepłe.

I gdzie śnieg nie skrzypiał pod nogami.

Morał

Morał tej bajki jest bardzo prosty.

Kiedy życie zamienia się w bajkę z piekła rodem,  marzenie,  trochę ironii  i odrobina dziecięcej wyobraźni pomaga przzetrwać.

Bo wtedy nawet dzieci z łagru mogą wznieść się wyżej niż zło.

I pamiętajcie.

Nie wszystkie bajki kończą się pocałunkiem księżniczki.

Czasem kończą się miską barszczu.

I walonkami z niedźwiedziego futra.

A Radio Wolna Wyobraźnia?

Nie miało miliona odsłon.

Nie było na żadnej playliście.

Nie dostało lajka od żadnego influencera.

Ale ktoś w Polsce napisał, że jego dziadek przeżył to samo.

Ktoś w Niemczech spotkał kiedyś Otta.

Aronka odnalazła rodzina w Hajfie.

A ktoś w Kanadzie powiedział:

— Ja też kiedyś jadłem szyszkę. I smakowała… bajkowo.

Niestety,  ta historia nie kończy się. Złowrogie bajki trwaja nadal.

Nadal dzieci są ofiarami wojen, uchodźcami,  są wywożone i uprowadzane. Zmieniają sie tylko gracze i krainy.

A to są dzieci uprowadzone przez sowietów przed 80 laty. Źródło www.arte.tv

Dzieci w obozach pracy na Syberii. Źródło http://www.arte.tv

List Ernsta klasa IIa, wywiezionego z Tajkury z województwa Wołyńskiego do Archangielskiej obłasti, rajon Siczynga.

http://www.arte.tv

List Zygmunta kl IIa wywezionego z Nowogródka do Archangielska

Na stronie 40 widnieje Zofia Jagaciak, jako nauczyciel kwalifikowany

Nazwisko Janusza Jagaciak i jego brata Leszka( Jeryz)i mamy Zofii na liście uchodźców z łagrów sowieckich

Źródło Książka Mariana Pacholaka, Zabrali nam Polskę. Wrocław 2019

Na stronie 9 tej listy widnieje nazwisko

Jaguciak Janusz ur 1935, Koja, właściwie Jagaciak

Jaguciak Jerzy,ur.1930, Koja

Jaguciak Zofia ur.1914, Koja

Nazwisko Janusza  Jagaciak, jego mamy Zofii i brata Jrzego na liście spisu P.C.K Nairobi, uchodźców polskich z łagrów sowieckich i miejsce ich wysyłki do kolonii angielskich. Tutaj jako Jaguciak Janusz 1935,Koja, Jaguciak Jerzy 1930, Koja, Jaguciak Zofia 1914,Koja

Źródło: Uchodźcy polscy ze Związku Radzieckiego, książka Jan Wróbel, Łódź 2003

file:///C:/Users/Ewa/Documents/2%20Ewa/3%20PRIVAT/25%20hobby/buch/Janusz%20Kanada/w%20prasie/Lista%20komlett%20wywiezieni%20do%20ZSRR.pdf

zyciorys Janusza Jagaciak

Od lewej Leszek Jerzy Jagaciak, Zofia Jagaciak, Janusz Jagaciak w Koja 1943

Podanie o wyjazd z Koja do Angliihttps://collections.arolsen-archives.org/en/search/person/81326692

W prasie Zołnierskiej, Polska Walcząca z 7 lipca 1943 roku

Żona Janusza Jagaciak, Danuta Sukiennicka. Była w Bjerjegawoje, Nowosybirskaja obłaśt, tekuldcecki Rajon. Przez Teheran z armią Andersa wywiozły ją z Syberii siostry Nazaretanki.

Strona 5 Pisma,  Listy osób, Pozycja 2673 Listy nr 14,  osób wyewakuowanych z ZSRR

Źródło, wspomnienia Mariana Sakowicza o Kałuszu.

Wykaz źródeł i literatury (w wyborze)

 I Archiwalia (archiwa, biblioteki, placówki badawcze).

 II Prasa (wybór z lat 1942 – 1951).

III Materiały źródłowe (pamiętniki, wspomnienia, relacje).

 IV Opracowania i studia monograficzne (druki zwarte).

V Artykuły i analizy (czasopisma i druki zwarte).

VI Internet: (a) wybrane serwisy informacyjne i strony autorskie oraz (b) materiały ikonograficzne do kolejnych rozdziałów niniejszej publikacji (wszystkie adresy internetowe z datą dostępu:  2026 roku

Hinterlasse einen Kommentar